DZIEŃ 1 DZIEŃ 2 DZIEŃ 3 DZIEŃ 4 DZIEŃ 5 DZIEŃ 6 DZIEŃ 7 DZIEŃ 8 DZIEŃ 9 DZIEŃ 10

"To my jednak jedziemy?"

Do końca jeszcze nie jesteśmy pewni, czy polecimy. Po pierwsze, z powodu Misiuchów oczywiście. Że niby one są takie maleńkie, takie bezbronne, a my, wyrodni rodzice zostawiamy je na pastwę losu oraz dwóch zakochanych do szaleństwa babci, ciotki Ewki oraz wynajętej całodobowo na cały okres naszej podróży opiekunki. Po drugie, nie wiemy jak zniesiemy zaplanowanych dziewięć lotów samolotem. O uwielbieniu Jacka do podniebnych podróży powszechnie już wiadomo, co do mnie, jego fobie od niedawna zaczęły mi się lekko udzielać. Tłumaczę sobie to strachem po prostu, nie o siebie bynajmniej, lecz o kondycję, zdrowie psychiczne i fizyczne Jackiego. Jackiego w kontekście Fadera, nosidła, kąpielowego, wstawacza nocnego oraz zapewniacza ciągłości utrzymania dostaw misiuchowskich pieluch, ubranek i zabawek. Oczywiście, wszystkie te aspekty były brane pod uwagę z chwilą podjęcia decyzji o wyjeździe. Co innego jednak myśleć, że to za pół roku, za miesiąc, a nawet za tydzień, a co innego, gdy do durnego łba dociera, że to już jutro, a w zasadzie dziś. I gdy Misiuchy śpią sobie smacznie w łóżeczku, niczego złego nie podejrzewając, matka Misiuchów łkając pakuje walizkę (konstatując raz po raz, że nie wie co wziąć i nie ma co na siebie włożyć), a ojciec Misiuchów leży na łóżku w pozycji embrionalnej, bliski hiperwentylowania sie za pomocą reklamówki po skarpetkach, zawodząc żałośnie „co myśmy najlepszego zrobili”. Na szczęście pomaga mi Ewka, która bezceremonialnie wywala całą zawartość walizek, mówiąc, że po co nam tyle szmat, że do Stanów lata się na pusto, a wraca na pełno, że na miejscu sobie kupimy itepe itede, czym doprowadza mnie do ostatecznej ruiny psychicznej. I kiedy siedzę taka zmartwiała nad półpełną walizką, z turbanem na głowie i pomalowanymi paznokciami jednej ręki, uzmysławiam sobie, że co ma być, to po prostu będzie. I jeśli los obdarował nas takimi fantastycznymi Misiuchami, to byłby naprawdę głupi rozwalając nas w samlolocie, bo przecież nikt tak nie potrafi zmienić zasranej pieluchy jak rodzony ojciec (według Jackiego). Lekko podniesiona na duchu, przytomnie nie pozwalam wyrzucić jednoczęściowego kostiumu kąpielowego. Zdaję sobie sprawę, że o bikini mogę już na długo zapomnieć, o ile nie na zawsze, a w alternatywie pozostaje już tylko wersja a la „bjuuutifuuul Bridżet”. Doprawdy wolę tego uniknąć. Zamykam walizki, maluję drugą rękę i idę spać. Za trzy godziny ostatnia wieczerza Misiuchów z piersi i wyjazd na PKP.
DZIEŃ 1 DZIEŃ 2 DZIEŃ 3 DZIEŃ 4 DZIEŃ 5 DZIEŃ 6 DZIEŃ 7 DZIEŃ 8 DZIEŃ 9 DZIEŃ 10