DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ DZIEWIĄTY

"Wracamy... ?"

Jakoś tak nam dziwnie zabukowano bilety, że nas czworo (ja i J., Maciek i Dominik) wracamy sami wcześniej. Skoro świt jesteśmy zatem na nogach. Na szybkiego jemy śniadanie i stawiamy się z bagażami w lobby. Jacek pod pachą dzierży swą katanę. Do Narity jedzie z nami sympatyczna Japonka, która ma nam we wszystkim pomóc i dopilnować, abyśmy nie polecieli do Honolulu na ten przykład. Na lotnisko dojeżdżamy około 9:30. Kurde, prawdopodobnie ze zmęczenia i braku snu robi mi się niedobrze, chce mi się wymiotować, a to dopiero początek. Na szczęście odprawa idzie dosyć szybko. Sympatyczni Japończycy SAMI ładują nasze bagaże do prześwietlenia. Bez problemu dostajemy miejsca obok siebie. Katana Jacka nie stanowi problemu. Po obejrzeniu i sprawdzeniu czy J. nie rąbnął jej z muzeum, panowie bardzo dokładnie ją pakują (w białych rękawiczkach), przepraszając sto razy, że musieli ją rozpakować. Potem nalepiają nalepkę "fragile" i nadają na główny bagaż, prosto do Warszawy. Jakież to proste, prawda?


Lecimy na strefę wolnocłową poczynić ostatnie zakupy. Chodzi głównie o przepyszne wino śliwkowe i jakieś drobiazgi typu: gazeta młodzieżowa dla siostrzeńca Cezara (samouka języka japońskiego), kosmetyki Clinique (o ten drobiazg J. trochę się targował, lecz zmiękł gdy go spytałam co zrobi z pozostałymi jenami) i "napoje" na podróż. Pani sprzedając nam wino wyraża wątpliwość, czy uda nam się przewieźć je przez Heathrow do Warszawy. Przez jej głupie gadki wzięliśmy tylko dwie butelki, mówiąc sobie, że najwyżej wychlejemy je na terminalu, gdyby durny angielski celnik chciał je skonfiskować, a co, nie można? Gdy docieramy do naszej bramki, to się okazuje, że lot jest opóźniony o jakieś pół godziny. W końcu startujemy. Jacek mało nie umiera, wyłamuje sobie ze stawów wszystkie palce, gdyż jest brzydka pogoda, pada deszcz, a samolotem rzuca we wszystkie strony świata. W tym samym czasie na kontynencie obok umierają ze strachu nasi rodzice, gdyż Tokio nawiedza trzęsienie ziemi, o czym my oczywiście nie wiemy. W miarę czasu wszystko się stabilizuje. Mnie również się poprawia w kontekście choroby lokomocyjnej. Mogę jeść, a nawet pić czerwone wino. Jacek jak oszalały wlewa w siebie dżin z tonikiem. W tę stronę obsługuje nas przemiła stewardesa o wdzięcznym imieniu Yoko. W przeciwieństwie do Sumiko, nie jest skąpa i bez gadania przynosi drinki. Ona po prostu wie, że Polak może i nie należy mu w tym przeszkadzać. Chłopcy tak się kumpluja z Yoko, że zaczynają ją uczyć polskiego. Co do mnie, próbuję spać, potem czytać, potem oglądać filmy. Jestem zmęczona, lecz pełna wrażeń.

Na koniec naszego lotu Yoko woła nas do swojej kanciapki i wręcza wielką torbę słodyczy, przekąsek i napojów. Mówi, że bardzo nas polubiła i szkoda jej nas, gdyż musimy czekać na lot do Warszawy aż 4 godziny. Robimy sobie zdjęcia, wymieniamy maile, uściski i wysiadamy z samolotu.


Na widok lotniska Heathrow mało nie osuwamy się wewnętrznie. Syf, brud, hałas, chamstwo, sodoma i gomora. Człowiek szybko przywyka do dobrego. Wówczas powrót do rzeczywistości jest podwójnie traumatyczny.


Faktycznie, zaczynam się obawiać o los mojego wina śliwkowego. Na szczęście trafiam na jakiegoś ludzkiego celnika. Tłumaczę, że kupiłam wino w strefie wolnocłowej na lotnisku Narita, pokazuję rachunki i jakoś udaje mi się go przekonać. Jednakże po drugiej stronie taśmy rozciąga się uroczy widok, w którym dominują bosi panowie (na tym durnym lotnisku trzeba ściągać buty, dobrze, że nie gacie) spożywający zakupione w wolnocłówce whisky z gwinta, bo przecież nie zostawią drogocennych trunków wrednym Angolom.

Na terminalu koczujemy cztery godziny, a w zasadzie trzy, bo jedna nam ucieka z powodu zmiany czasu na Greenwich. Dekujemy się w barze, znów spotykamy barmana Marcina z Katowic, przy życiu trzymają nas drinki z British Airways i chyba jeszcze przyzwyczajenie. O wyznaczonym czasie biegniemy do naszej bramki, po to tylko by dowiedzieć się, że nasz samolot jeszcze nie doleciał do Londynu, a kiedy to nastąpi w zasadzie nie wiadomo, bo jest mgła. W przerażającym upale (te palanty wyłączyły klimę) osuwam się na ławkę i chcę umrzeć. O jedenastej czasu Tokio wylecieliśmy do Londynu. Wylądowaliśmy o 15 czasu Greenwich (przypominam, że różnica czasowa to 9 godzin). Planowo mamy odlecieć do Warszawy o 18.45 i być około 21 z minutami. Mój organizm odmawia współpracy. Kiedy w końcu, nie wiem jak bardzo opóźnieni, wchodzimy do samolotu, nie pamiętam nawet momentu zapięcia pasów przed startem. J. zeznaje, że w podróży zjadłam nawet kanapkę z tuńczykiem, ale chyba musiałam to zrobić przez sen, w drugiej ręce trzymając torbę na wymioty, gdyż obudziłam się już w Warszawie, z tą pogniecioną torbą w dłoni właśnie. Mój mózg został skancelowany o ostatnie dwie godziny. Nic, totalna pustka w głowie. Warszawa powitała nas deszczem i zimnem. Wyjechał po nas Marcin. Przenocowaliśmy u nich, a następnego dnia pojechaliśmy na shinkasena relacji Warszawa Centralna - Białystok przez Małkinię. Po dwustu kilometrach i trzech godzinach podróży byliśmy w domu.

Do tej pory przez większość czasu żyjemy tym wyjazdem. Dzięki Subaru Import Polska przeżyliśmy kawał fantastycznej przygody, co, mam nadzieję, udało mi się choć w cześci pokazać. Chciałabym jeszcze kiedyś wrócić do Japonii. Mam nadzieję, że po naszym wyjeździe nie wprowadzą wiz dla Polaków ?

Było cudownie.
Sajonara...
DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY