DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ ÓSMY

"Tsukiji, Kamakura, japońska desa i ostatnia wieczerza"

Jakoś tak smutno się robi, bo w zasadzie to nasz ostatni dzień w Japonii. Dzisiaj mamy jechać do Kamakury, ślicznego miasteczka, będącego jednocześnie luksusową dzielnicą mieszkalną, skąd elity (głównie artystyczne) dojeżdżają do pracy do stolicy. Ale zanim tam pojedziemy, część naszej wycieczki udaje się na targ rybny w Tokio o godzinie 4 rano. Ponieważ ani wstawanie przed czwartą rano, ani ryby wszelakie (zwłaszcza ich zapach) nie leżą w gestii upodobań mojego małżonka, z wielkim żalem rezygnuję z wycieczki. Jednakże dzięki Maćkowi, jego zdjęciom i fantazyjnemu sposobowi opowiadania, wiem, co mniej więcej tam się dzieje.

Tsukiji to taki centralny rynek hurtowy. Sprzedaje się na nim praktycznie wszystkie złowione w morzu rzeczy nadające się do zjedzenia. Widoki są fantastyczne, gdyż niemal bezpośrednio dotyka się tu takiego zwykłego, prawdziwego życia. Tutaj nie ma detalu, lecz hurt na szeroką skalę. Towary leżą rozłożone na podłodze. Trwają prawdziwe aukcje i licytacje. To miejsce, w którym zaopatrują się niemal wszyscy restauratorzy w regionie Kanto (Tokio i okolice). O szóstej rano w zasadzie jest już po wszystkim. Dla większości największą atrakcją jest oczywiście świeżutkie sushi, serwowane na śniadanie w jednej z położonych obok rynku knajpeczek.


O 8:30 wyjeżdżamy autobusem do Kamakury. Z każdym kilometrem za Tokio, krajobraz staje się mniej zurbanizowany, pojawia się coraz więcej zieleni. Kamakura, oprócz statusu willowego, azylu japońskich elit jest również kurortem wypoczynkowym. Może i jej plaże nie należą do najładniejszych, ale są całkiem dobre warunki, by się kapać, surfować, odbywać spacerki brzegiem morza. Smiley -san śmieje się, że jeżeli popatrzymy z plaży głównej w kierunku godziny 10 i bardzo, bardzo wytężymy wzrok, z pewnością zobaczymy Kalifornię.

Najpierw jedziemy do chramu Tsurogaoka Haichimangu. Jest on poświęcony bogowi wojny, Hachimanowi. Chram jest przepiękny, słynie z malowniczego widoku na miasto oraz cudownych, cynobrowych budynków schowanych wśród drzew. Do sanktuarium prowadzą kamienne schody, u stóp których znajduje się Mai den, taka scena taneczna, będąca repliką sceny, na której tańczyła słynna Shizuoka, ukochana Minamoto Yoshitsune. Mamy szczęście. W czasie, gdy zwiedzamy tę świątynie zaczyna się tradycyjny szintoistyczny ślub. Wiem, że zdjęcia nie oddadzą jego klimatu, mimo wszystko pstrykamy foty na prawo i lewo, choć to mało kulturalne jest w świątyni, ponoć. Przed świątynią oczywiście znajduje się tablica wotywna, na której ludzie zostawiają swoje modlitwy i pragnienia. Bardzo to jest miłe, a czasami nawet zabawne.



Po obejrzeniu świątyni jedziemy w kierunku małej uliczki Komachi, gdzie będziemy mieli trochę wolnego czasu. Nie ma co ukrywać, wszystkim chodzi o "shopping". Nasz pobyt w Japonii powoli zmierza ku końcowi, trzeba zakupić jakieś pamiątki dla bliskich. No i zaczyna się akcja, którą ja uwielbiam, a J. nie znosi. Kupujemy: i apaszki jedwabne, i mobile z gejszami, i pałeczki, i pocztówki, i wachlarze, i kupę innych pierdół. Kota, choćby lichej namiastki tego z Shuzenji, oczywiście nie ma. Wszędzie króluje "plastik ket" z podniesioną ręką. Te plastikowe ohydy kupuje się po to, żeby mieć szczęście w miłości, albo mieć pieniądze (w zależności od tego, którą łapę ma podniesioną rzeczone kiczowate paskudztwo). Nawet ich palcem nie tknę!

Wracając z tej uliczki mijamy japoński pogrzeb. Nawet bym się nie spodziewała, że oni takimi wypasionymi brykami w ostatnią podróż jeżdżą. Normalnie chce się....no właśnie...


A potem jedziemy do świątyni buddyjskiej bogini Kannon, do Hase Dery, słynącej z przepięknego widoku na zatokę Satami. Świątynia jest w zasadzie całym kompleksem, położonym w cudnym ogrodzie z hortensjami. Znowu mam szczęście, bo akurat przypada pora ich kwitnienia, widoki zatem są boskie. Blisko stopni wiodących do świątyni oraz po jej zachodniej stronie stoją setki ustawionych w szeregi posążków Jizo, przystrojonych czerwonymi czapeczkami i śliniaczkami. Jizo jest patronem podróżników i dzieci (taki odpowiednik naszego anioła stróża). Szczególnie czczony jest przez kobiety, jako strażnik dusz dzieci zabłąkanych w przerwanych ciążach. W pozostałych pawilonach mieszczą się różne rzeźby i posągi, w tym posąg wspaniałego juichimen bóstwa Kannon. Posąg ten, olbrzymi, zrobiony z pozłacanego drewna kamforowego ma ok. 9 metrów wysokości i jest największą DREWNIANź rzeźbą w Japonii. Jak zwykle, w środku świątyni nie można fotografować. Nie mamy zatem zdjęć, oprócz jednego, wątpliwej zresztą jakości, robionego spod kurtki deszczowej. Widzimy jeszcze wiele, wiele skarbów sztuki buddyjskiej, w tym część schowaną w jaskiniach pod ziemią. Poza tym, spacerując po ogrodzie co chwilę natykamy się na coś wartego uwagi. A to mały stawik z żarłocznymi karpiami, a to niepozorny posążek Buddy schowany w kąciku ogrodu, a to widok na panoramę Kamakury.


Ostatnim miejscem, które zwiedzamy w Kamakurze jest olbrzymi Daibutsu, znajdujący się na terenie świątyni Kotoku. W przeciwieństwie do tego, widzianego w Narze, nie jest on umieszczony w pawilonie, lecz stoi na zewnątrz. Jedenastometrowy posąg robi monumentalne wrażenie, podobnie jak jego słomiane papcie, umieszczone w pagodzie obok ;-) Co ciekawe, posąg jest pusty w środku, a umieszczona wewnątrz drabina umożliwia spacer w środku Buddy. Jednakże na zewnątrz wygląda to zdecydowanie lepiej, niż w środku. Przed posągiem Buddy, naszego dwumetrowego Michała dopada chmara dzieci, które chcą mieć zdjęcie z wielkoludem. Po raz kolejny jedynym rozumianym przez nas słowem, wypowiadanym przez rozchichotanych Japończyków jest słowo "godzilla", nie wiedzieć czemu.



A potem zostaje nam tylko lunch w przepięknej restauracji nad zatoką, króciutki spacer plażą i już pakujemy się do autobusu, by wrócić do Tokio.

W stolicy jesteśmy wczesnym popołudniem. Od razu szorujemy na stację metra Shinagawa, żeby zdążyć przed kolacją jeszcze trochę pozwiedzać, zrobić zakupy itp.

Postanawiamy się rozdzielić. J. jedzie do Akihabary. Największy gadżeciarz świata, będący prywatnie moim mężem nie może przecież przepuścić takiej okazji i nie po buszować po sklepach z elektroniką. Nie wiem co się dzieje podczas jego bytności w rzeczonej Akihabarze, faktem jest, że wraca na trzy minuty przed wyjściem na kolację, z miną jakby Rzym co najmniej podbił i z nowym zegarkiem elektronicznym w kieszeni. Mam żal, że nie kupił mi stroju francuskiej pokojówki, a przynajmniej lampy imitującej gorset i podwiązki.


A jego relacja brzmi mniej więcej tak:

"No i wiesz, jak tam już tam dojechaliśmy to zupełny czad był, wiesz? No bo sobie wyobraź: same wysokie budynki, których ściany to jeden wielki monitor i nadają wszystko co tylko jest tylko do nadania z reklamą, sugestywną dodam ;), sex shopu. Ale jaki to sex shop....Uch, no Ci mówię, Beate Uhse to się schować może i nawet tam same zabawki elektroniczne, ale tak po prawdzie to wyobraź sobie 7 pięter samych gadżetów, no wszystkich i nawet telefon co reaguje na tembr głosu i zmienia kolor a kibelek to już w ogóle odjazd, bo ma spłukiwanie siedzenia, podgrzewaną deskę, regulację ciśnienia wody i wygrywa melodyjki po "sukcesie" ;) Wypas! Ale to nie koniec no bo jak już znalazłem zegarki (a lekko nie było bo masa tego wszystkiego tam była) to z godzinę tam spędziliśmy i sobie nawet kupiłem, Ot taki zwykły, no może trochę niezwykły....No dobra wypaśny na maxa! Ci mówię, i się nastawia sam i pilnuje zmian czasowych i ma baterię słoneczną i pamięta 18 czasów na świecie....Nudzę cię? Nie? To dobrze, bo wiesz obok tych zegarków to cała masa apartów była i nawet jeden chciałem kupić (taki co w europie będzie prezentowany za pół roku) ale sprzedawca powiedział, że lepiej zaczekać bo za miesiąc będzie nowy model a ten już wychodzi z produkcji...Znaczy, wiesz, ja tam nie chcę starych rupieci więc zaczekam. Kur....nie pomyślałem, że za miesiąc już mnie tu nie będzie....Szlag by to... No nic, ale wiesz najlepszy to był Jurek wczoraj bo nakupił cała masę bzdetów co to nikomu do niczego nie są potrzebne.....Ale mu zazdroszczę....sam bym tak nakupił. No jak to po co?? No żeby....ten, no....Wiesz ty się wcale nie znasz i nie rozumiesz facetów....Chodź już lepiej na kolację bo z Tobą gadanie o pasjach mężczyzn nie ma sensu....Kot z Shuzenji.....też sobie!"

W tym czasie, gdy J. buszuje po Akihabarze ja próbuję dostać się na Harajuku, gdyż tam znajduje się Bazar Orientalny, taka japońska desa, czy coś w tym stylu.

Ale zanim tam się dostanę, przechodzę całą ceremonię podróży japońskim metrem. Nie muszę chyba głupio pisać, że wszystko jest zautomatyzowane i pani w okienku, która sprzedałaby bilet po prostu się nie uświadczy, choćby się skisło.

Stoję więc sobie z otwartą buzią, studiuję linie metra, liczę stacje, gdy nagle podchodzi do mnie sympatyczny Japończyk i pyta "Where?" "Harajuku" - odpowiadam jakże inteligentnie. On patrzy na tablice, ciągnie mnie do automatu, wygrzebuje z mej ręki 175 jenów, wrzuca do otworków na monety, po czym wyciąga kartonik, wkłada mi z powrotem do ręki i mówi, że mam metro za 11:34:25 i mam iść, "there". Kiedy spostrzega, że "there" nie za wiele mi mówi, z uśmiechem spogląda na swój zegarek, w głowie oblicza ile minut i sekund zajmie mu pokazanie gajdzińskiej sierocie jej peronu i idzie ze mną, jakieś trzysta metrów. Po chwili pokazuje mi, w którym miejscu mam czekać na wagonik, uśmiecha się, kłania i niemalże w jednej chwili znika. Trochę oszołomiona czekam na pociąg. Przyjeżdża co do sekundy, jakżeby inaczej. Wsiadam i zaczynam liczyć stacje. W trakcie obserwuję sobie pasażerów. W mej głowie tworzą się spostrzeżenia socjologiczne, które można podsumować następująco:

To nieprawda, że Japończycy są wszyscy tacy sami. Ich rysy twarzy różnią się bardzo.

Podczas całego pobytu w Japonii nie uświadczyłam otyłego, co tam otyłego, nawet grubszego Japończyka. Oni są prawidłowej postury. I choć całymi dniami siedzą podobno w biurach, to wyglądają na "fit i sportydż". Myślę, że to dzięki żarciu, które wsuwają. Sama doświadczyłam tego po sobie.

Przeciętny Japończyk wcale nie jest taki niski. Na moje oko ma 1,70 m. Owszem, starsze pokolenie faktycznie do wielkoludów nie należy, ale młodzi ludzi, pasieni mięchem z Maca i hormonami z kurczaków rosną i znacznie przewyższają wzrostem pokolenie swoich rodziców.

Japończycy w znakomitej większości ubierają się na wzór zachodni. Jednakże noszą ubrania bardzo dobrej jakości, zawsze czyste, uprasowane. Nawet nastolatek w ubraniach w stylu grunge wygląda jakby właśnie przed chwilą je nałożył. Pomimo zamerykanizowanego sposobu ubierania się, w dalszym ciągu można zobaczyć takie perełki, jak panie (przeważnie już starszej daty) jadące metrem w tradycyjnych kimonach i rozmawiające przez telefon komórkowy.

Japońskie kobiety to odrębny temat, na który ja właściwie nie powinnam się wypowiadać, bo się przecież nie znam (według J. ) Jednakże pozwolę sobie na kilka refleksji. One są bardzo drobne, świetnie ubrane i przeraźliwie blade. Nawet w mało słoneczne dni noszą parasolki przeciwsłoneczne, aby żaden zabłąkany promień nie dotknął ich twarzy. Praktycznie każda jest krzywonogim bezbiuściem. Za to mają przepiękną cerę i włosy. Ubierają się raczej na styl europejski, niż amerykański. Nie wiem skąd w Japończykach ta fascynacją Francją (Tokyo Tower, co-playerki, francuskie pokojówki, te lampki rodem z Folies Berger ), ale kobiety też to mają. Króluje Dior i Chanel, kardigany, jedwabne pończochy, dizajnerskie buty na niewiarygodnych obcasach, modne torebki, trenche w kolorze kawy z mlekiem, apaszki od Hermesa itp., itd.


Wysiadam na stacji Harajuku. Tłum pcha mnie w kierunku wyjścia. Jezuuu!!!! Ile tu ludzi, ile neonów, szyldów, reklam. Przez jedną zmianę świateł przechodzi tutaj ok. 2 tysiące osób. Harajuku jest najważniejszym miejscem spotkań nastolatków. Bardzo tu dużo cospleyerów (młodych ludzi przebierających się w różne dziwne kostiumy). Ostatnio w modzie są francuskie pokojówki. Ulice tętnią życiem, Cameron Diaz nadal reklamuje komórki Softbanku. Powietrze aż drga.


Z przyjemnością chowam się w budynku Bazaru Orientalnego przy Omotesando-Dori. Na spokojnie oglądam rękodzieło japońskie. Na dłużej zaszywam się w dziele z grafikami. Już wcześniej Ewa mi powiedziała, że można tu wyszperać prawdziwe perełki, takie jak sztychy z XVIII w. Wybieram sobie śliczny drzeworyt z gejszą, z 1911 r. Uprzejmy sprzedawca informuje mnie, żeby trzymać go z dala od wilgoci i światła słonecznego, gdyż może to zmienić kolory i zniszczyć obraz. Potakując oddalam się w stronę apaszek i kimon. Zastanawiam się, czy J. mnie przeklnie gdy kupię sobie kolejne kimono, czy jednak nie.

Jejku, jak mi się tu podoba w tej Japonii. W samym Tokio zostałabym jeszcze z tydzień. Wchodzę do baru odsapnąć i napić się kawy mrożonej. Jest późne piątkowe popołudnie. Ludzie powoli wychodzą z pracy i idą z kolegami do barów, restauracji trochę się odprężyć po ciężkim tygodniu pracy. Jak wielkie jest ich zmęczenie widać na załączonym obrazku. Pan przy moim stoliku zasypia na swoim notebooku. Cóż, bywa i tak!


Wychodzę na ulicę. Ciągle mam wrażenie, że jestem obserwowana. Maciek śmieje się, że mam rwanie, no bo wysoka, szczupła blondynka z długimi włosami i niebieskimi oczami to tutaj ewenement naprawdę.

Wracam do hotelu. Czekam na J. i zastanawiam się, w czym pójdę na kolację. W trakcie wypisuję kilka pocztówek do bliskich, zostawię je później w hotelowej recepcji. Dzisiaj na kolację zaprosili nas menadżerowie z Mitsui, głównego udziałowca Fuji Heavy Industries. Kolacja jest na dziesiątym piętrze naszego hotelu, więc nie zmokniemy w wieczornym deszczu. Powoli wszyscy schodzimy się i siadamy za stołem. Wycieram dłonie w cieplutki, śnieżnobiały ręczniczek. Te ręczniczki godne są osobnej wzmianki, albowiem jest to fantastyczny, a jakże prosty patent na odświeżenie się. Przed każdym posiłkiem serwowany jest taki ręczniczek, lekko podgrzany, w który można wytrzeć dłonie, twarz. Bardzo jest to odprężające i higieniczne zarazem, wszak nie siada się za stołem z brudnymi łapami ;-) Dzisiaj dodatkowo przed każdym z nas leży kartka pięknego papieru z wykaligrafowanymi krzakami. "Może to jakieś okazjonalne haiku?" - myślę sobie. Z błędu wyprowadza mnie siedzący obok mnie Nobukatsu Fuji- coś tam, jeden z menadżerów. Śmiejąc się, tłumaczy, że to po prostu jadłospis i wymienia co będziemy dzisiaj jedli. W menu jest również sushi. Hurra!



W ogóle jest bardzo sympatycznie, Nobukatsu dużo opowiada o Japonii, chwali moje liche umiejętności operowania pałeczkami, śmieje się, że widziałam więcej miejsc w Japonii, niż on, tubylec. Gadamy o samochodach, kobietach, zwyczajach, naszych zainteresowaniach. Wspólnie śmiejemy się z prezesem Mitsui, Tanaka-sanem, gdy dyskusja schodzi na tematy rodzinne, zwłaszcza na temat żon. Jedzenie jest pyszne, lecz wymiękam przy szóstym z dziewięciu dań. Białe wino też robi swoje, rozluźnia języki - to na pewno. Nikogo nie dziwi, że w końcu następują śpiewy. My "dzieweczkę" po polsku, oni "dzieweczkę" po japońsku. Zabawa trwa. Z ogromnym żalem żegnamy się. Zapraszamy Nobukatsu do Polski. "Jeśli przyjedziesz - mówimy- znajdziemy ci polską żonę".

Po kolacji idziemy na spacer do miasta. Tokio by night jest chyba nawet piękniejsze, niż za dnia. Upajamy się spacerem, choć po siedmiu dniach odciski na stopach dają mi się we znaki. Zachodzimy prawie do każdego "seven eleven", żeby kupić prezenty, sake naturalnie. Obserwujemy ludzi. Wpadamy nawet do salonu patchinko. Jest już dosyć późno, więc większość facetów na ulicach jest już porządnie napruta. Niektórzy sobie "odpoczywają". Dziwne wrażenie: metropolia, noc z piątku na sobotę, późna godzina, centrum, tysiące ludzi na ulicach, mimo to, czujemy się równie bezpiecznie jak na naszym podwórku w Supraślu i wałęsamy się bez celu. Spróbuj tego samego w Warszawie - trup na miejscu, kosa w brzuchu. Spokojnie, nigdzie się nie spiesząc wracamy do hotelu. Zapadamy jeszcze do baru na jeden dżin z tonikiem. Barman nas poznaje. Z żalem mówimy, że to ostatnia noc w Japonii. Podobno dobrze trafiliśmy. Od jutra zaczyna się pora deszczowa.


DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY