DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ SIÓDMY

"Fabryka Gunma i spotkanie z "górą Fuji""

Dzisiaj jest taki specyficzny dzień, bowiem dzielimy się na dwie części. Jedna z nich, ta jadąca do fabryki (ja i J. stanowimy jej integralną część) zrywa się skoro świt, by szybko spożyć śniadanie i stawić się w lobby w miarę punktualnie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, jednakże pomimo przebywania w Japonii od około 7 dni, mój organizm w dalszym ciągu nie potrafi się przestawić. W zasadzie nie dotyczy to spania, bo i tak mało śpimy, bardziej chodzi o jedzenie. W kraju ojczystym bez problemu jem normalne śniadania około godziny 8:15:23 (taki mały żarcik ;-)

Tutaj o tej porze po prostu nie mogę. Rano tutejszego czasu mój żołądek właśnie sobie smacznie pochrapuje, ani myśląc ruszyć do działania, a dwunastnica po skończonej pracy rozkosznie się przeciąga i układa do snu w przytulnym zagłębieniu nieopodal kręgosłupa. I ja nie mogę nic przełknąć. Noł łej. Chłepczę tylko miseczkę mleczka, jem trzy plasterki kiwi, piję szklankę zielonej herbaty. Nic zatem dziwnego, że w połączeniu z forsownymi spacerami w ciągu siedmiu dni tracę około 5 kilogramów. Znowu widać mi konstrukcję mostkowo - żeberkową, a gacie zlatują z tyłka. Mam tylko nadzieję, że nie będzie mi niedobrze w autobusie. Do fabryki Gunma jest około 3 godzin drogi. Pędzę do autobusu, by zająć strategiczne miejsce na końcu i rozłożyć w miarę wygodnie wszystkie członki. W środku witają nas Japończycy, przedstawiciele Fuji Heavy Industries (producenta Subaru), którzy jadą z nami do fabryki. Widząc nasze umęczone, blade twarze witają się, rozdają wodę mineralną i grzecznie milkną. Zanim mijamy Shinjuku, zapadam w sen.

Gdy wychodzimy z autobusu dzieje się coś dziwnego. J. znika i jeden z Japończyków z Fuji ( w białych rękawiczkach) bierze mnie pod rękę i prowadzi do fabryki. Fabryka to twór z metaloplastyki, świecący z oddali i sprawiający wrażenie opakowanego w folię aluminiową. Dostajemy specjalne wrotki do poruszania się, a sympatyczne hostessy w srebrnych kostiumach, z niewiarygodnie krzywymi nogami pokazują jak się w tym poruszać. Pojawia się Japończyk ze sztucznym zębem i włosami w czub, z tabliczką z imieniem (w krzakach) i mówi, że to właśnie on nam wszystko pokaże. Jeździ po nas wykrywaczem metalu i odbiera wszystkie sprzęty elektroniczne, a w ucho ładuje czip. Zakolczykowani jak prosiaki idziemy w stronę przezroczystego tunelu i musimy tym tunelem zjechać do hali, gdzie się produkuje samochodziki. Jeden za drugim ładujemy się do tego tunelu i na dupie zjeżdżamy w dół. Okazuje się, że każdy pojechał gdzie indziej, a większość nie tam gdzie trzeba i polska wycieczka buszuje teraz gdzieś wśród robotów, ścigana przez armię złowrogich pracowników fabryki. Ktoś tam jeździ samochodem, ktoś celuje szpilkami do felg w metalowe pojemniki, ktoś przedrzeźnia pracowników fabryki. O Jezu! Wyją syreny, stroboskopy walą po gałach, sucho mi w gardle, ktoś mnie łapie i krępuje ramiona, gdzieś z oddali słyszę głos J.: "Myszaaaaa, myszaaaa!!! Znowu śpisz z otwartym dziooobeeeem!!!"

Tak to się dzieje, gdy organizm rozpaczliwie woła o odpoczynek. Niestety. W czasie mojej wirtualnej przygody w Gunmie J. nakłonił Japończyków z Fuji oraz kierowcę, aby zatrzymali się w salonie samochodowym Subaru, usytuowanym nieopodal fabryki. Poszedł fotografować nową Imprezę i wrócił taki szczęśliwy, jak nie wiem co. Że też jakiś samochodzik może dać tyle szczęścia facetowi. Śmieszni oni są, ci mężczyźni, to naprawdę.

A fabryka w rzeczywistości jest bardzo, bardzo duża. Najpierw zabierają nas do sali projekcyjnej, gdzie następuje uroczyste powitanie, opowiedzenie w kilku słowach historii fabryki, a następnie pokazywany jest film, tematyką i sposobem filmowania dostosowany do percepcji pięciolatka rodem z USA. Z niecierpliwością czekamy, aż zabiorą nas na halę produkcyjną. Dostajemy walkie-talkie i ruszamy. Może i nie ma wykrywacza metalu, ale aparaty fotograficzne musimy zostawić w poczekalni. Na hali jest przeraźliwie gorąco. Huk też jest niesamowity. W zasadzie przechodzimy przez każdy etap produkcji, z wyłączeniem lakierni.

Z refleksji ogólnych:
  • nie wszystko jest robione przez roboty (w zasadzie całkowicie zautomatyzowany jest tylko proces tworzenia karoserii - cięcie, gięcie, formowanie blach etc.). Na następnych etapach produkcji, a najwięcej w wykończeniówce, dużo zależy od człowieka.
  • pracownicy fabryki są megaszybcy. W zasadzie, z punktu widzenia produkcji i efektu końcowego niczym nie różnią się od robotów. Błąd jest w zasadzie wykluczony.
  • przeciętny pracownik fabryki jest doskonale wyszkolony i wyspecjalizowany. Japończycy nie uważają, że specjalizacja to coś złego. Rutyna? Jaka rutyna? Toż to czysta doskonałość - to wkręcanie czterech śrubek przez osiem godzin dziennie przez 35 lat życia. Nie tak?
  • może i trudno w to uwierzyć, ale co sześćdziesiąt sekund z taśmy produkcyjnej zjeżdża nowe Subaru, jakież to wyzwanie dla mojego J.!
  • chociaż widzimy głównie produkcję Forestera i Imprezy, mnie najbardziej w pamięć zapada R1, zwany pieszczotliwie "tentomushi", czyli biedronką. Ale to z powodów czysto sentymentalnych. Miałam kiedyś takiego żółtego żuczka garbuska, którego kochałam miłością niezmierzoną. Dostałam go od teścia, a ten z kolei wygrał go w pokera. Nie wiem, dlaczego go sprzedaliśmy, w zaćmieniu jakimś. Ach, jakiż smutny był jego koniec. Skończył w oborze, z wypalonymi elementami, rozebrany na części. Znaczy ten garbus, a nie teść. Ale wracajmy do historii.



Na nieszczęście w fabryce siada nam karta do aparatu, mamy więc niewiele zdjęć. Ale i tak dużo rzeczy zostaje w pamięci. Jeszcze zwiedzamy muzeum, galerię historyczną, zabytkowe egzemplarze Subaru. Jeszcze zdjęcia, uśmiechy, uściśnięcie dłoni, ukłony, rytualna wymiana wizytówek i spadamy na lunch. Całe szczęście, bo Grzesiek już intonuje "żołądek piszczy, człowiek się niszczy".

Lunch jest zaskoczeniem dnia. Japończycy zabierają nas do bawarskiej, tak, tak, BAWARSKIEJ restauracji z własnym browarem, gdzie je się sztućcami, serwowane są trzy gatunki piwa (każdy w innym kolorze), a na stół wjeżdża pizza, spaghetti, gulasz, kotleciki. No dobra, ryba też jest, ale w porównaniu z innymi daniami, jest jej niewiele. A później serwują steki i frytki. J. mówi, że jeżeli dostanie jeszcze bawarską golonkę to on kocha Japonię, ale stąd się nie ruszy na krok, mowy nie ma. Na całe szczęście - golonki nie podają. W trakcie lunchu rozmawiam sobie z Ewą, naszym przewodnikiem. Dowiaduję się, że jest ona tłumaczem i żyje głównie z tłumaczenia Kawabaty Yasunariego oraz okazjonalnych wycieczek i eventów z Japonią w tle. Szkoda, że Yasunari już nie żyje. W tym kontekście, to pracę ma nasza Ewa niestabilną, chyba, że się na Haruki Murakamiego przerzuci, na przykład. Ale i tak fajne ma życie, nie ma co ;-) Może mało regularne, ale fajne.

Wracamy do Tokio. Wieczorem mamy oficjalną kolację z "górą Fuji", należy więc się przygotować. Dla tych, którzy cały czas myśleli, że chodzi o obejrzenie Fujijamy, najbardziej rozreklamowanego widoku z Japonii, powiem, że nie ma w tym żadnego sensu. W ciągu całego roku jest może z 10 dni, podczas których ładnie widać górę. Zamiast jechać kawał, aby zobaczyć coś majaczącego w tle i spowitego mgłą, lepiej kupić sobie piękny kalendarz lub pocztówkę, naprawdę. Zwłaszcza, że wybór jest naprawdę spory.

W czasie, gdy my zwiedzamy Gunmę, druga część naszej wycieczki rusza do Akihabary, na zakupy. Akihabara to jedno z centrów Tokio, elektroniczne miasteczko (Denki Gai). Jedynymi produktami, jakimi tu się handluje są artykuły elektroniczne i elektryczne. Główną aleję zalewa kakofonia dźwięków, barw, reklam świetlnych, szyldów. Wszystko jest reklamą sklepów sprzedających rzekomo po obniżonych cenach komputery, i-pody, sprzęt audio i video, urządzenia gospodarstwa domowego, lampy etc. Słowem - raj dla każdego gadżeciarza. Nic więc dziwnego, że turyści wpadają tu w amok i na godziny całe zapominają o całym świecie. Z relacji p. Danuty wiem jak to mniej więcej wygląda. Jeden słucha na słuchawkach, drugi robi zdjęcia, trzeci kupuje kibel. Z tym kiblem jest problem, gdyż jest wielki wybór, no i każdy trzeba wypróbować, sprawdzić jak działa, czy jest funkcja spłukująca, masująca itp., itd. Ktoś leci do Burger Kinga, ktoś krzyczy, ktoś kupuje, ktoś się zgubił w sex shopie. Obłęd się udziela. Ty kupiłeś aparat? To ja kupię kamerę! Czas leci. Polacy jak to Polacy, targują się, trwa wypisywanie kwitów tax free, słowem odlot. A potem okazuje się, że na te wszystkie kible, zabawki, aparaty, i-pody nie starczy walizek, więc trzeba walizki i.... jeszcze prezent dla cioci Gieni. O kurde, gdzie jest ta torba z grami dla Grzesia? Nie ma, musiałam zostawić przy kiblach, to wracamy, jeszcze zerknę na ten zegarek...Nie? Czemu nie? I tak do wieczora. Fajowo?


A wieczorem jesteśmy zaproszeni przez pracowników Fuji do bardzo ekskluzywnej restauracji nieopodal stacji Shinagawa. Oczywiście trzeba ściągnąć buty. Na początku myślimy, że będziemy siedzieli po turecku na matach tatami, ale po chwili pod blatem odkrywamy, że jest dziura na nogi. Całe szczęście! Kolacja jest rzeczywiście bardzo elegancka, co widać po nakryciach, pałeczkach, wystroju. Zostajemy usadzeni przez Dyrektora i czekamy na żarełko. Najpierw jest przemowa "najważniejszego z Fuji", a potem głos zabiera pan Dyrektor. Następnie w przyjemnej atmosferze wchłaniamy w siebie kolejne potrawy, suto zakrapiane winkiem. J. w końcu przełamuje się i zamawia sake. Jejku, czego tam na stole nie ma? Jest sushi i zupa miso, i ryby, i krewety, i dziwne makarony, i ziemniaki starte, serwowane na surowo w podłużnych buteleczkach, suto obłożonych lodem, i tofu nadziewane Budda wie czym, no naprawdę. Orgia żarcia, po raz kolejny.


A na koniec mój małżonek wygłasza mowę dziękczynną, ja modlę się, aby nic nie wspominał o kuchni japońskiej. A on, jakby czytał w moich myślach, zaczyna od: "Although I do not like japansese food....". Ale potem jest z górki, miło i śmiesznie. Japończycy są strasznie zadowoleni. Kończymy toastem "Kampai", no i "Na zdrowie" oczywiście. Wracamy przez zatłoczoną Shinagawę, próbując przebić się przez tłum salarymenów i office ladies, wracających z pracy (jest wszak niemal 22 w nocy). Idziemy jeszcze z J. na spacer, jeden "Seven eleven", drugi "Seven eleven", trzeci....a gdy wracamy, mój małżonek znika jeszcze w towarzystwie Dyrektora gdzieś w okolicach baru. Ja wymiękam. Idę do pokoju. Długo jeszcze patrzę przez ogromne okna na rozświetloną panoramę Tokio. Przypominam sobie "Między słowami" Coppoli. Powoli odpływam.
DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY