DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ SZÓSTY

"Nara w deszczu, Budda i powrót do stolicy"

Żegnamy się dzisiaj z cudnym Kioto. Zanim jednak wsiądziemy do shinkansena, który uniesie nasze nadwątlone zmęczeniem (wszelakiego rodzaju) ciała, jedziemy do Nary, starej stolicy Japonii, w której mamy zobaczyć tak stare budynki, budowle i zabytki, że nawet samych Japończyków zadziwia fakt ich istnienia. Dzień jest bardzo deszczowy. Poprzedniego wieczora Smiley-san zapowiedział nam, że deszcz zacznie padać o 8:45:12, ale wtedy kto by tam mu wierzył. Wracając z kolacji odśpiewaliśmy hucznie "Łoj idzie desc, idzie sikawica" na dwa głosy, licząc, że deszcz jednakowoż nie przyjdzie.

Niestety. Rano Smiley-san, przysięgłabym, z nieco tryumfującym uśmiechem rozdaje każdemu parasolkę. Mnie i J. trafia się taka przezroczysta, czyli sightseeing version ;-) Ja tam wolę swoją nieprzemakalną kurtkę z kapturem, więc się nie przejmuję. Ale deszcz faktycznie zacina równo.

Jedziemy najpierw do buddyjskiej świątyni Byodoin, pochodzącej z XI w. Pomimo, że jest mnóstwo turystów, no i pada deszcz, nie psuje to atmosfery tego miejsca. Po raz kolejny nie mogę wyjść z podziwu nad pięknem ogrodu otaczającego świątynię.


Następnie wchodzimy do muzeum (Kokuritsu Hakubutsukan). Po zmyślnym zafoliowaniu naszych mokrych parasoli za pomocą specjalnego urządzenia, błąkamy się po salach muzeum oglądając rzeźby, tudzież inne cudowne wytwory ręki ludzkiej. W muzeum natychmiast dopada nas grupa japońskich uczniów w mundurkach, tak na moje oko z gimnazjum, ale mogę się mylić, nie mam bowiem doświadczenia w tej kwestii. Najodważniejszy z tychże uczniów z namaszczeniem otwiera swój kajet i pyta czy może nam zadać kilka pytań. Śmiejemy się z J. i mówimy, że "of course". Śmiertelnie poważny uczeń artykułuje pytania w stylu:

- "How are you?
- "Where are you from?"
- "Do you enjoy your trip?"

No i na koniec rozwala J. pytaniem:
- "Do you like japanese ford?"

Krztusząc się ze śmiechu, odpowiadamy na pytania młodego Japończyka. Biedny mały. Na pewno nauczyciel angielskiego przed wyjazdem na wycieczkę do Nary kazał im zdybać jakiegoś gajdzina i odbyć z nim miłą konwersację po angielsku. A z nauczycielami w Japonii nie ma co dyskutować. W ten oto sposób stajemy się niejako podporą japońskiego systemu edukacyjnego. Po wyjściu z muzeum okazuje się, że nie tylko my. Oczom naszym ukazuje się postać naszego "ojca dyrektora" w deszczu, cierpliwie pozującego do zdjęcia z ósmym czy dziewiątym dzieciakiem, dopadła go bowiem cała wycieczka gimnazjalistów i KAŻDY chciał mieć z nim zdjęcie, i to ODDZIELNIE. Wraz z natężeniem deszczu i wyłanianiem się z zaułków świątyni coraz to nowych postaci w mundurkach, uśmiech powoli opuszcza lico dyrektora. Nie bez wpływu na to jest fakt, że dyrektor nie robi jedynie za modelkę, lecz stara się być interaktywnym. Zadaje mnóstwo pytań po angielsku, na które otrzymuje niezmiennie płomienny uśmiech oraz gorące zapewnienie "yes, yes" wymiennie z "of course". W końcu pada pytanie "You don`t understand, do you?". Na co gawiedź odkrzykuje radośnie: "Yes, yes, of course". Cóż zrobić? Zarządzamy zatem ostatnie zbiorowe zdjęcie i zmykamy spóźnieni 12 minut i 15 sekund do autobusu.

Jedziemy do kolejnej buddyjskiej świątyni, Todajiji, położonej w przecudnym parku Nara. Świątynia ta słynie z największego na świecie budynku z drewna, w którym umieszczony jest największy na świecie posąg Buddy. Zanim go jednak zobaczymy musimy przejść przez park okupowany przez żarłoczne daniele. Bestie niczego, absolutnie niczego, się nie boją. A już nie daj Panie Buddo, jak zobaczą, że ktoś kupuje krakersy, jak nasz nieszczęsny Smiley-san. Normalnie napadły go, przewróciły i zeżarły mu wszystko, łącznie z dwoma biletami wstępu wystającymi z kieszeni. A wydawało się że takie łagodne jelonki, cielaki jedne...


Świątynia faktycznie robi monumentalne wrażenie. Jest ono potęgowane przez mnichów, którzy akurat podczas naszej uroczystości odprawiają swoje modły w niezwykle barwnych habitach. Wszędzie roznosi się zapach kadzidła i słychać charakterystyczne pomruki modlących się mnichów. Wielki Daibutsu jest w istocie ...wielki. Jego palec ma trzy metry, a on sam z 16. Tak dla przykładu, w jednym z filarów świątyni znajduje się dziura, będąca wierną imitacją dziurki nosowej Buddy. Przeciskam się przez tę dziurkę całym swoim korpusem. Fakt, przez wycieczki, harce i lekkostrawne jedzenie schudłam nieco, mimo wszystko malutka to ja nie jestem. Tak wielka jest to rzeźba. Ten słup z dziurą w środku jest podobno początkiem ścieżki prowadzącej do oświecenia, ale tylko dla tych, którzy zdołają przecisnąć się przez otwór nosowy Buddy. Halo, Budda, czekam zatem, bo jak na razie nic na mnie nie spłynęło!!!


W Todajiji J. kupuje mi amulet, buddyjską modlitwę w dobrej intencji, zamkniętą w malutki haftowany woreczek, który cały czas mam nosić ze sobą. Do dzisiaj noszę go w torebce ?

W ogóle cudowna jest ta świątynia. Naprawdę czuje się w powietrzu ducha czegoś mistycznego, niewyobrażalnego. Od razu przypomina mi się scena z "Małego Buddy" Bertolucciego, w której bohater tłukąc szklankę, rozlewa herbatę. Obserwujący to wydarzenie mnich mówi, że herbata przecież nie zniknęła, tak naprawdę zmieniła tylko swoje opakowanie, swoją postać. W Todajiji te słowa faktycznie nabierają nowego sensu.

Po obejrzeniu Daibutsu w dalszym ciągu zostajemy w parku Nara. Przeciskając się przez stada żarłocznych danieli docieramy do Wielkiego Chramu Kasuga, sanktuarium zbudowanego w 768 r. w chińskim stylu, znaczy z cynobrowymi dachami. Świątynia ta jest świątynią szintoistyczną. To co najbardziej w niej urzeka, to podejście o długości 800 m., po obu stronach którego znajduje się ok. 1400 kamiennych latarni porośniętych mchem. Widok robi niesamowite wrażenie. Nie próbuję nawet sobie wyobrażać jak to musi wyglądać podczas świąt obchodzonych dwa razy w roku, kiedy wszystkie te latarnie są zapalone. Podczas zwiedzania świątyni przestaje padać deszcz, powoli wypogadza się.


Jedziemy na lunch. Restauracja, w której na nas czekają jest nieco oddalona od głównego węzła komunikacyjnego, prowadzi do niej wąska uliczka, którą należy przejść pieszo. Idę sobie z Martą, gadamy, śmiejemy się i w pewnym momencie spostrzegamy, że jesteśmy kompletnie same. Cała nasza wycieczka stoi w małym sklepiku z aparatami fotograficznymi, sprzętem elektronicznym etc. No tak, to dopiero pierwszy kontakt z japońską gadżeciarnią. Policzki im płoną, włosy zmierzwione, w nosie mają lunch, przeglądają katalogi, porównują ceny. Istny obłęd. Do restauracji docierają, gdy ja z Martą w spokoju i skupieniu, patrząc na piękny ogród rozpoczynamy przystawki. Cały lunch idzie niezwykle szybko. Nic dziwnego, faceci bowiem chcą jak najszybciej zapchać brzuchy i wrócić do sklepu. Mam dziwne wrażenie, że deser też spożywamy w niepełnym składzie. Po posiłku mamy trochę czasu zanim udamy się na dworzec shinkansenowy. Dokąd biegną chłopcy? Nietrudno odgadnąć. Ja tymczasem przechadzam się po uliczce i spotykam dwie małe dziewczynki, może czterolatki, z mamą na spacerze. Są tak śliczne, że pytam, czy mogę im zrobić zdjęcie. Pstrykam kilka fotek, a potem pytam jedną z nich "How old are you, little girl?" "I am 4" - odpowiada i pokazuje cztery paluchy. I mały skubaniec zaczepia mnie i pyta "How old are you?". "I`m 28". Robi wielkie oczy i chichocze. No tak, w jej małym światku to dziwne, że mam jasne włosy, niebieskie oczy, a na dodatek jestem śmieszna i stara jak matuzalem.


Lecimy pędem na stację kolejową. Niesłusznie, bo okazuje się, że mamy jeszcze 40 minut do odjazdu naszego shinkansena. Smiley-san zagryza wargi, bo nie wie co robić. Nie chce nas puszczać samopas, gdyż boi się ( i bardzo słusznie), że nie wrócimy na czas i przez to wszyscy spóźnimy się na pociąg. Jednakże chłop nie ma wyjścia i ugina się pod presją. Blady i wykończony staje pod jakimś plakatem i zrezygnowanym głosem stwierdza, że będzie tu na nas czekał. Po trzech sekundach nie ma po nas śladu. Taki dworzec kolejowy w Kioto to świetne pole do obserwacji. Dowiaduję się na przykład, że większość produktów wystawianych w witrynach sklepów i restauracji to atrapy. Ale atrapy te są tak fantastycznie wykonane, że z dwóch centymetrów nie odróżniłabym ich od oryginału.


Albo restauracje... Wiecie jak wygląda Mac Donald na japońskim dworcu? To takie małe bunkry na jedno miejsce siedzące z krzesełkiem w środku, każdy z obowiązkową wtyczką do notebooka. W księgarni odkrywam, że gazety są drukowane od tyłu do przodu, co w sumie nie powinno mnie zadziwiać, aczkolwiek zadziwia. A na koniec oczom mym ukazuje się karnie siedząca na peronie wycieczka gimnazjalistów, czekających w skupieniu na swój pociąg. Smiley-san niemalże nie pada z wrażenia, gdy WSZYSCY przychodzimy pod umówiony plakat O CZASIE. Nie wiem, chyba nam coś dolega, a może po prostu zmęczenie daje nam się we znaki. Suniemy na nasz peron. Jacek nagrywa pędzący shinkansen. Wycieńczeni, wszyscy siadamy dupą na betonie, jak te japońskie dzieciaki, czym wzbudzamy ogólną sensację. Jakiż to wdzięczny obiekt fotografii, banda gajdzinów siedząca na peronie i pozująca do zdjęć z nieodłącznym znakiem V robionym z palców.


W pociągu udręczony Smiley-san zapada w sen. Bieda w tym, że on ma nasze wszystkie bilety. My dostaliśmy tylko na fioletowych karteczkach numer miejsca, na którym mamy złożyć swe jestestwo w drodze do Tokio. Numer się zaczyna, gdy przychodzi konduktor. Mateusz, zapytany o bilet, w półśnie podaje fioletową karteczkę. Konduktor mało się nie osuwa. Ogląda tę karteczkę ze wszystkich stron, podnosi do światła, wącha. Naprawdę nie wie o co chodzi. Kabaret trwa jakąś minutę, bo oczywiście konduktor nie mówi po angielsku i oczywiście Mateusz nie mówi po japońsku. Ktoś w końcu szarpie Smileya no i zabawa się kończy, a trzeba przyznać, że rozwijała się w bardzo interesującym kierunku.

W strugach deszczu docieramy do Tokio. Jest godzina szczytu. Salarymani i office ladies wracają z pracy do domu. Ścisk jest niemożliwy. Nie ma co się dziwić. Stacja Shinagawa, położona nieopodal naszego hotelu obsługuje DZIENNIE trzy miliony ludzi. Bagatelka.


Jak dobrze być znowu w naszym fantastycznym hotelu, zanurzyć się w wannie z pachnącymi bąbelkami, włączyć jacuzzi. Wieczorem idziemy do pubu na kolację. Pub Rakuichi słynie z azjatyckiej kuchni. Nie mniejszy entuzjazm w ludziskach wzbudza zapewnienie Smileya, że do kolacji "you can drink as much as you like". "Try me" - mruczy do siebie J. i już mu się gęba śmieje. Cały dobry humor pryska, gdy na stół wjeżdżają przekąski, w tym wielka ryba z oczami, ale takimi prawdziwymi. Kelner wspaniałomyślnie stawia ją koło J., a ten mało mu tam nie haftnie. No cóż za profanacja, to naprawdę. Maciek gładzi rybkę po łebku, pstryka jej w oko i mówi "wstawaj maleńka".


"Już jest nieźle" - myślę sobie. "Co będzie jak podadzą alkohol?"

No i faktycznie, alkohol był jedynym nośnikiem kalorii, używanym przez mojego małża. Co do mnie, to nie żałowałam sobie. Zjedliśmy tę rybę z oczami na spółę z Maćkiem. Dobra była. Tylko przechodząc w kierunku głowy zakryliśmy jej pyszczek chusteczką, bo tak jakoś niepolitycznie było zwierzęciu w oczy zaglądać. A poza tym spoko. Impreza cudowna. Jaka szkoda, że nas właściciele knajpy wyrzucili z klubu około 11. Rzekomo następną rezerwacje mieli, ale tak naprawdę myślę, że nie bardzo im się podobała "Szła dzieweczka do laseczka" śpiewana na głosy z Japończykami z sąsiedniego stolika, za to po jakichś dobrych sześciu kolejkach. Taki los. Oni jacyś tacy niewrażliwi na sztukę są, ci Japończycy, przynajmniej niektórzy...
DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY