DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ PIĄTY

"Spacer z Godzillą, rękodzieło, ogrody i świątynie Kioto"

Z rannego rekonesansu wynika, że hotel, w którym nocujemy ma przepiękny ogród z płynącą wodą, którą widać przez całkowicie przeszklone ściany. Na tej wodzie umocowane są drewniane donice z irysami. Akurat trafiamy na porę ich kwitnienia. Bajka.


Hotel posiada również na każdym kroku ruchome schody z podgrzewanymi poręczami (na jak to żyć bez podgrzewanych poręczy?), armię kłaniaczy w białych rękawiczkach, poupychanych w każdy możliwy zakamarek, przemiłą obsługę oraz całkowicie europejski bufet śniadaniowy. Żyć - nie umierać.

Według rozpiski Smileya czeka nas kolejny dzień bez świętych skarpetek, za to pełen wrażeń, aczkolwiek niektóre osobniki z naszej wycieczki nie zdążyły jeszcze poukładać w sobie (zwłaszcza chronologicznie) tego, co się do tej pory wydarzyło, z lotem włącznie. Zostawiamy ich samych sobie i ruszamy na zwiedzanie.

Najpierw jedziemy do świątyni Sanjusangendo z XII w. , znanej z ponad tysiąca figur buddyjskiej bogini Kannon. W zasadzie jest to jedyne miejsce w Japonii, a w zasadzie jedyna świątynia, z wnętrza której nie mamy zdjęć. Wszędzie wiszą tabliczki "no photos" i w odróżnieniu do innych miejsc, w których byliśmy, zakaz jest pieczołowicie respektowany. Trudno. Figury stoją po obu stronach najsłynniejszej rzeźby, Kannon Tysiącrękiej. Dodatkowo, oprócz niemal identycznie wyglądających posągów, różniących się w zasadzie detalami, są jeszcze 24 figurki bóstw-strażników. W świątyni oczywiście jesteśmy bez butów. Nie ma żadnych świętych skarpetek. Po wyjściu na zewnątrz J. znika, a ja idę w stronę ogrodu.


Nie wiem na czym to polega, że te ogrody są tak fascynujące. Niby chodzi o to, by naśladować naturę, niby to takie proste - kamień, krzaczek, woda, żwirek. Jednakże gdy myślę, jak by zrealizować japońskie inspiracje i taką piękną przestrzeń zaaranżować u siebie w Supraślu (dobrze, że J. nie czyta mi w myślach), to jakoś mi nie wychodzi. Może za mało wrażliwa jestem, albo niedouczona, albo jedno i drugie. J. sugeruje, że w ogóle nie powinnam się wypowiadać, ani szukać inspiracji ogrodniczych w Japonii po tym, jak wdzięcznie zrobiłam suchotkę z bonsai, które mi kupił za ciężkie pieniądze. E tam, z tymi ogrodami to oni robią czary - mary. Wiem, bo sprawdziłam. Może to i racja, że ja nienormalna jestem. Jak chodzę ulicą to zapuszczam sobie żurawia w obce domostwa, bo mnie interesuje prawdziwe życie, a nie takie na pokaz. Wrażenia z tych obserwacji są takie. Przeciętny przydomowy ogródek ma wielkość znaczka pocztowego, a znajdują się w nim OBOWIĄZKOWO: sosna, płynąca woda oraz jakaś roślina zielona, choćby to były trzy ździebełka trawy, a wszystko zaaranżowane tak, że normalny człowiek sam tego nie zrobi, na pewno. Sztuczki jakieś, mówię wam. "Nic to" - myślę. "Zamiast hodowania pięknego japońskiego ogrodu pozostaje mi hodowanie pleśni na chlebie, zawsze to coś".

Wracając do wątku, po obejrzeniu świątyni z przyległościami jedziemy do "Toei Movie Land Nikko Endomura", miasteczka, w którym kręcona była większość tworów japońskiej kinematografii. Na początku robimy sobie grupowe zdjęcie z jakimiś japońskimi aktorami. Trwa to dosyć krótko, sądzę, że z uwagi na Waldka. Wygłodniały, żyjący od czterech dni piwem i papierosami Waldek ma wzrok taki, że fotografowi trzęsą się ręce. Wkrótce wszyscy się rozpierzchamy w tłumie wycieczek klasowych w nieodłącznych mundurkach. Faktycznie w miasteczku znajdują się repliki japońskich domów z różnych epok, dzielnica gejsz, wiernie odtworzone typowe ulice, wnętrza, a nawet teatr kabuki. Ale jest także wielki basen, z którego co pewien czas wynurza się elektroniczna Godzilla rozpryskująca dookoła zieloną wodę. Przez moment nawet myślimy, że to Michał, zły cokolwiek, wylazł w końcu z autobusu i zabłądził do baseniku z wodą. Nie wiedzieliśmy, że śpi w autokarze z obłąkanym kierowcą, który wyłączył mu klimę i zamknął wszystkie okna.


Idziemy do sklepu z pamiątkami. Podczas gdy wybieram pocztówki, J. ogląda miecze. A potem wszystko toczy się w takim tempie, że ani się obejrzę, a już wychodzimy ze sklepu wraz ze zręcznie opakowaną kataną. Zła, bo przypomniał mi się kot z ceramiki, od razu deklaruję mojemu małżonkowi, że sam ma się zatroszczyć o to, w jaki sposób przewieziemy ten cholernie długi drąg do Polski i że jeżeli zatrzymają nas na lotnisku, to się do niego nie przyznam. Ani do miecza, ani do męża. O! Idziemy w stronę wyjścia. Jest strasznie gorąco. Czekając na resztę, siedzimy sobie pod zasuwająca na linie w tę i nazad kukłą wojownika ninja. Na początku nie zdaję sobie sprawy, że to kukła, tak realistyczne są jej ruchy. Odczuwam nawet współczucie, że ktoś ma tak przechlapaną robotę. "Silly-billy" - śmieje się ze mnie J. i znowu sobie grabi.

A potem jedziemy na jedzonko. Jest sushi, chłodnik z kukurydzy (???), mnóstwo rybnych, serowych i nie wiem jakiego pochodzenia przekąsek, a na deser sorbet z zielonej herbaty oraz owoc persymony. Z tą zieloną herbatą oni naprawdę zwariowali. Wszędzie ją ładują, do zup, sosów, deserów, LODÓW. Obłęd normalnie.


Po obfitym (hm, dla kogo obfitym dla tego obfitym) posiłku jedziemy na zachód miasta zobaczyć jeden z najsłynniejszych zabytków Japonii, świątynię Kinkakuji, znaną jako "Złoty Pawilon". Naprawdę, niewiele jest tak pięknych miejsc jak Kinkakuji odbijająca się w wodach otaczającego ją stawu. Błąkamy się po parku w zasadzie nie odrywając oka od obiektywu. Nawet stada ganiających wokół pawilonu turystów narodowości wszelakiej nie są w stanie popsuć nam wielkiej radości. Pieczołowicie chowam bilet wstępu. Smiley-san radzi, by w domu go oprawić i powiesić, bo rzekomo to przyniesie mi szczęście. Faktycznie, dwa ślicznie wykaligrafowane znaki. Mam tylko nadzieję, że nie oznaczają: "nie pluć na trawę, nie wprowadzać psów". A z Kinkakuji mamy z J. nasze najładniejsze wspólne zdjęcie, o które pobili się nasi bliscy po powrocie, ale nie wyprzedzajmy faktów.


Przed nami wyprawa do największego w Heianie domu towarowego z rzemiosłem artystycznym, rzekomo robionym w Japonii, a nie na Tajwanie. Rozpierzchamy się po wszystkich siedmiu piętrach. J. znika w dziale z mieczami, ja pędzę w stronę tekstyliów. Ubrana w dwa kimona (nigdy się nie mogę zdecydować) oraz japonki (model podpatrzony dzień wcześniej u gejsz), lecę w stronę męża zapytać jak wyglądam. Uprzejmy sprzedawca podąża za mną z pasami obi i spastycznym uśmiechem na gębie. Ale osiągam zamierzony efekt. Napomykając co chwila o kocie z Shuzenji wychodzę ze sklepu z prześlicznym pastelowym kimonem w żurawie, no i japonkami do kompletu ?. Kupujemy także drobiazgi dla naszych bliskich. Nie, nie kupujemy ceramicznych, nigdy-się-nie-tępiących noży do krojenia, jak to czyni większość naszych towarzyszy podróży. Widząc zdziwienie w oczach odpowiadam słodko: "My po prostu mało gotujemy, a zadawanie tortur tępym narzędziem to większa frajda, nie tak"? Biegamy z tymi zakupami po całym domu towarowym. J. odwodzi mnie od pomysłu kupna starego wyjściowego kimona, pięknie haftowanego, bo przecież nie mamy gdzie go powiesić. "Pffff, jakbyśmy mieli miejsce na powieszenie katany" - odpowiadam. Na dłużej zatrzymujemy się i wygłupiamy także w dziale osobliwości, gdzie nakrywa nas dyrektor. Fajnie jest w tym sklepie, aż wychodzić się nie chce. A na koniec jeszcze wygrywam w jakiejś loterii urocze granatowe pałeczki.


Bardzo mi się podoba w Kioto. Jak jedziemy autobusem patrzę sobie na bulwar nadrzeczny z młodymi ludźmi siedzącymi nad wodą. Mijamy teatr kabuki Minamiza, uroczą małą świątynkę, obserwuję stare japońskie domki rozpięte na palach, nieopodal rzeki. Zaglądam ludziom do ogrodów.


Wracamy do hotelu relatywnie wcześnie. Mamy około 2,5 godziny do kolacji. Proponuję J., żeby przejść się do świątyni usytuowanej niedaleko naszego Kyoto Tokyu Hotel. Kilka osób podchwytuje nasz pomysł i mała grupka rusza w uprzednio wyznaczonym kierunku. Po dotarciu okazuje się, że mamy około czterdziestu minut na zwiedzanie, a rzekomo niepozorna świątynia to Nishi Hoganji, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to główna świątynia sekty buddyjskiej jodo shinshu i jedna z najważniejszych świątyń japońskich. Budynek z XVII w. należy do najlepszych przykładów japońskiej architektury buddyjskiej. Oczywiście, żadnych świętych skarpetek. Tak naprawdę mamy mnóstwo szczęścia. Oprócz modlącej się żarliwie, gdzieś z boku starszej Japonki jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Widzimy nawet mnichów buddyjskich przy pracy. Po raz kolejny potwierdza się, że warto iść za przeczuciem i schodzić czasem (podkreślam, czasem) z utartych szlaków.


Na kolację jedziemy do River Oriental, bardzo eleganckiej restauracji nad rzeką. Clue wieczoru to "asian foods", no przepychota. Nawet J. nie stęka, bo jednym z dań jest smakowicie wyglądający stek. Co do mnie, tak objadam się krewetkami królewskimi, że swoją porcję steku oddaję wspaniałomyślnie Waldkowi. Bardzo nam się w tym orientalu podoba. Po pierwsze wszyscy siedzimy razem, przy jednym stole. Po drugie dyskretne kelnerki cały czas pilnują, czy wszystko jest w porządku w sensie pożywienia i napitku, znaczy, że jest na stole i co pić i co jeść. Po trzecie zastawa, sposób podawania potraw, ich egzotyka, wygląd nie pozostawia absolutnie nic do życzenia. Słowem, wszystko perfekcyjnie. Po czwarte, widok z okien zapierający dech w piersi. I nawet nie przeszkadza nam, że siedząc w pokoju z orchideami mało nie wali nam się sufit na głowę, bowiem piętro wyżej jest przyjęcie weselne. Bardzo, bardzo jesteśmy ukontentowani, syci i napici. Tak bardzo, że ja wychodząc z tej pięknej restauracji natychmiast się gubię, co w sumie nie jest znowu takie dziwne, bo restauracja jest duża, a mnie wystarczy obrócić trzy razy i już nie wiem gdzie jestem, a po białym winie, to wystarczy i raz.


Po tych stekach pomysł z wyprawą do Mac Donalda upada śmiercią naturalną. Zanurzam się w pachnącej kąpieli. J. wychodzi w miacho kupić sobie piwo w puszce. Nie żeby tak sobie wypić, nie nie. On po to piwo idzie w poświęceniu dla szczytnej idei. Dzień wcześniej w restauracji z gejszami dostaliśmy na pamiątkę rycinę, taką w sam raz do oprawienia, jeno w cholernie nietypowym formacie. I on wymyślił sobie, tak na poczekaniu, że tę rycinę nawinie na papier toaletowy, okręci jeszcze raz papierem i zapakuje do pustej puszki po piwie. No i właśnie w tym celu idzie po puszkę. A zawartość to on już się poświęci i wypije, no trudno. W mym przebiegłym móżdżku natychmiast rodzi się myśl, że w butelce po sake będzie jeszcze bezpieczniej, niech więc się poświęci tak do końca, ale gryzę się w język, albowiem natychmiast przypominam sobie noc w Atami, a to już nie na moje nerwy. Niech już będzie ta puszka...
DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY