DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ CZWARTY

"Kac, Kioto i ..."żadnych świętych skarpetek"

Rano frekwencja na śniadaniu nie zwala z nóg. Co więcej, z uwagi na połączenie bufetu zachodniego z japońskim, w powietrzu permanentnie unosi się zapach świeżo smażonych ryb, co przyprawia niektórych o dziwne zachowanie, na przykład gwałtowne wybieganie z jadalni z dzikim wzrokiem i popłochem w oczach.

Japończycy nie mogą zrozumieć, dlaczego toalety w lobby hotelowym są ciągle zajęte. A ponadto, ileż to razy w ciągu kwadransa można chodzić do toalety, no ileż?

Wiele, bardzo wiele, wiem to, bom sama widziała. Nie powiem, że ja też czuję się dobrze. Powodem mojego złego samopoczucia nie jest jednakowoż surowa krewetka, lecz brak snu wywołany instynktem opiekuńczym, połączonym z zasadną troską o nasz apartament (wiadomo, że pijany gach więcej złego uczyni otoczeniu, niż sobie samemu).

Fakt faktem, woda cytrynowa jest bardzo chodliwym towarem rano, jak również papierosy mentolowe i odświeżające chusteczki. Jakoś dziwnie, nikt nie chce patrzeć na wesolutkich Japończyków ze smakiem pałaszujących wijące się między pałeczkami rybki, które - żywe jeszcze- znikają w ich otworach gębowych.

Kiedy w końcu, spóźnieni 36 minut i 27 sekund wsiadamy do autokaru, mym oczom ukazuje się widok przecudny. Ktoś chrapie, ktoś spawa do torebki, ktoś jęczy "ale co to za życie", "mamusiu, już będę grzeczny". Myślałam, że mnie poćwiartują i wyrzucą z autobusu kiedy spytałam głośno: "Komu nalać ciepłej wódki do plastikowego kubeczka"?

W tym radosnym nastroju jedziemy serpentyną górską (tak, tak, serpentyną ;-) na wybrzeże Jo-gasaki, słynące z przepięknych widoków na morze ze skalistego, klifowego brzegu.


Po dojechaniu, Smiley-san ogłasza, że trzeba kawałek przejść pod górkę, niedużo, jakiś kilometr. I znów biedak popełnia straszny błąd. Banda, nawet nie skacowanych, lecz całkiem jeszcze ładnie nawalonych pijaków na te słowa zapada się w fotele, okrywając się tym, co się nawinie pod rękę. "Tylko żeby tu klimy nie wyłączać" drą się na odchodne, gdy my, dziarska i zwarta grupa (jakaś ósemka może) rusza na wybrzeże.

Faktycznie, widoki są bardzo ładne. Duże wrażenie robi zawieszony na linach most, rozpięty między dwiema skałami. Jest pochmurno, wieje silny wiatr, morze jest sinoniebieskie, co podkreśla jeszcze barwa klifów. Wygląda to tak, jak w "Wyznaniach gejszy", kiedy bohaterka staje na skale i myśli o utraconej miłości pana Prezesa. Ja również tkwię melancholijnie na skale, włosy też mam rozwiane, lecz myślę o tym pijaku, co chrapie w autobusie zwinięty w chińskie osiem. Takie życie!


Po powrocie sytuacja w ogóle się nie polepsza, znaczy w dalszym ciągu zero kontaktu. Pan Dyrektor chodzi po autobusie i robi zdjęcia swoim pracownikom i partnerom handlowym w zupełnie zaskakujących (dla obu stron) pozach oraz okolicznościach. Nawet lunch w przepięknej restauracji w Atami (18 piętro, całkowicie przeszklona, widok na morze) nie wnosi wiele nowego do sytuacji. Najczęściej słyszanym podczas posiłku zwrotem jest "just water please". Smiley-san pod płaszczykiem nikłego uśmiechu maskuje drobne oznaki zdenerwowania. Widzi co się dzieje, a czeka nas jeszcze podróż shinkansenem z Atami do Kioto. Nerwy w zasadzie okazują się być niepotrzebne. Większość wycieczki niemalże natychmiast zapada w sen. Z wózeczka, popychanego przez Japoneczkę - kelnereczkę znikają woda cytrynowa, tudzież inne "soft drinki". Jest tak miło i miło, że ani się człowiek obejrzy, a już dojeżdżamy do Kioto. Już pół godziny przed stacją docelową Smiley-san objaśnia, że pociąg stoi na stacji tylko piętnaście sekund i jak ktoś nie zdąży wysiąść to nastąpi koniec i apokalipsa, bo następna stacja jest w Nagoi, dlatego należy się zbierać już na kwadrans przed Kioto. Swoją drogą, dziwne jest to przeświadczenie Japończyków, że jak cudzoziemiec się zgubi w Japonii, to przepada raz na zawsze i już się nigdy nie odnajduje, choćby go szukać z policją i psami. Na szczęście dźwięk kołatki pana Kawagashi robi swoje - jak psy Pawłowa wszyscy podnoszą się i zbierają do wyjścia. Jesteśmy w Kioto.

Lądujemy w hotelu, bagaże są już w naszych pokojach. Gorąca kąpiel, wygodna yukata, słowem relaks. Wieczorem spotykamy się w lobby, jedziemy na kolację do lokalu, gdzie będą nas bawiły meiko, czyli kandydatki na gejsze. Aha, no i żadnych świętych skarpetek!

Dzień wcześniej Smiley-san rozdaje nam ulotki, na których mam napisane jak wół (nawiasem mówiąc, słodkie są te jego karteczki):

"Dinner: 6:30:00 pm Minokichi Shijo Karasuma rstr" “You must take off your shoes. No holy socks please". Wszystko jasne!

I faktycznie. Restauracja jest bardzo elegancka. Zatem jak na gości w eleganckiej, japońskiej restauracji przystało, zdejmujemy buty. W trakcie przepychanki z butami proszę J., aby nie ruszał cudzych japonek (butów, butów) i jak musi do toalety, to niech biegnie boso, jakoś to będzie. Wiecie, biedakowi zrobiło się wprawdzie lepiej, ale tak nie do końca.

Na kolacji jest strasznie fajnie. Smiley-san plecie jakieś straszne bzdury po angielsku o gejszach, ich zwyczajach, ubiorach, manierach, umiejętnościach, życiu. Białe winko bardzo dobrze wchodzi pod przekąski z wodorostów. J. przezornie nic nie je, ale jest postęp, zamawia piwo, choć dwanaście godzin temu jęczał, że alkohol może dla niego nie istnieć. Atmosfera się rozluźnia. Aha, co do gejsz, to Smiley-san rozkosznie twierdzi, że gejsze to "takie żony, tylko na jedną noc", po czym wchodzą takie dwie pseudo-żony. Średnio mają po 30 lat. Ta młodsza tańczy, ta starsza gra na instrumencie strunowym (zapomniałam jego nazwy) oraz śpiewa. Bardziej, niż to co robi meiko interesuje mnie jak ona wygląda. Jej kimono, przepasane obi, jest faktycznie imponujące, przepiękne, dużo piękniejsze niż ona sama w istocie. Potem przychodzi druga meiko, w zielonym kimonie, a w tej z miejsca zakochuje się Maciek. Tak bywa na obczyźnie!


Następuje seria wspólnych zabaw, podczas których autorka tego pamiętnika bawi się w "tańczącą z gejszami", "grająca z gejszami w papier, nożyce, kamień" itp, a wszystko to w przerwach między wyśmienicie zrobioną i podaną tempurą.


Tak na marginesie, wiecie, ja naprawdę mogłabym być gejszą. Zero kłopotów, zmartwień (no chyba, że które kimono mam na siebie włożyć). Nie ma stresu z robotą, spanie do południa. Przychodzi pani, czesze mnie i ubiera. Poczytam sobie, pobrzdąkam na instrumencie, rzucę wachlarzykiem, wypiję nonszalancko herbatkę, zjem kawałek melona. Wieczorem przyjdzie mój pan, opowiem mu historyjkę, złożę ptaszka w origami (głupi Word zmienia mi na "orgiami"). Cud, miód kilo wiśni! Dobra, halo, ziemia!!

Fajnie jest na tej kolacji. Gejsze chodzą przy stole, nalewają panom piwo do szklanek. Jedna z nich podchodzi do mnie bardzo blisko, patrzy przenikliwie i po chwili wypowiada autorytatywnie: "Szrim". Kurde, jaki "szrim"? O co chodzi?. "Szrim, you, szrim". Jak to dobrze, że istnieje coś takiego jak mowa ciała. Dedukuję, że chodzi o mnie, że jestem "szrim", a no tak "slim". Uśmiecham się. Na tej waszej japońskiej kuchni spadło mi jakieś 4 kilo, ale co gejsza może o tym wiedzieć, przecież ją to nie interesuje ;-)


Przezornie nie wdajemy się w dalsze gadki. Do końca naszego pobytu w restauracji pochłania mnie jedzenie, a jedzenie pochłaniam JA. Autentycznie jest mi szkoda, gdy musimy już wychodzić. Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? No cóż, "w miacho idziemy"!! Godzina dwunasta z minutami, plączemy się po Kioto, szukamy Mc`Donalda. Chłopcy, niepamiętni już zdarzeń dnia poprzedniego, zachodzą do każdego "Lawsona" i "Seven eleven" w celu uzupełnienia braków piwa w organizmie. Trzy kilometry od naszego hotelu oraz dwie godziny później oczom naszym ukazuje się napis "Mac Donald`s 24 h open". Dominik jest przeszczęśliwy. Jeszcze zanim przechodzimy przez światła, obiecuje, że z tego szczęścia wszystkim stawia ćwierćfunciaka. Ekstra! No to dopadamy do drzwi. Kurna, zamknięte. W środku te gnoje siedzą, widzimy to wyraźnie i nie chcą nam otworzyć. Ledwo odwodzę J. od chęci rozbicia witryny kamieniem. "Może - tłumaczę- dzisiaj jest dwudziesta rocznica cudownego ozdrowienia cesarzowej z depresji, i jest to dzień z chwilą wytchnienia w pracy"? Tłuczemy się z powrotem do hotelu. J. burczy z niezadowolenia. Już był w ogródku, już witał się z gąską...

Na szczęście w Lawsonie dają ciepłe hot-dogi na wynos. Dopycha jeszcze snikersem i jakoś to leci. Z piosenką na ustach wracamy do domu. Nie wiem jakie licho i nie wiem kogo podkusiło, żeby wracać opłotkami przez domy mieszkalne. Jezuu, psy wyją, parasole spadają, rowery się przewracają, a my idziemy do hotelu, azymutowo, a jakże. Przewracam po drodze jakąś doniczkę, ktoś daje mi różę, zatykam ją sobie za ucho. "Mamooo, ja chcę do łożka". Nie wydaje mi się to do końca możliwe, a jednak wychodzimy niemalże na nasz hotel. Zadowolona biegnę do ruchomych schodów. Za mną leci Grzesiek z wielkim papierowym parasolem i się wydurnia. "Zostaw ten parasol" - mówię. I powtarzam to w kółko może z dziesięć razy. A on dalej to samo, za nic mając moje słowa. "Zostaw go, on kosztuje cztery many" - dodaję. Od razu działa. Odkłada parasol grzeczniutko, szoruje do windy, potem do pokoju. Idziemy w jego ślady. Nie pamiętam kiedy uderzam głową o poduszkę.
DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY