DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ TRZECI

"Półwysep IZU, czyli dzikie harce gajdzin-sana"

Niektórzy z nas od wylotu z Polski w ogóle nie spali. Niektórzy w ogóle nie trzeźwieli. Byli również tacy, którzy byli częścią wspólną obu wymienionych wyżej zbiorów. Oni właśnie wybuchają gromkim śmiechem, na komunikat Smileya o tym, że spotykamy się rano w lobby o 8:45:25, a spóźnienie jest niewskazane, nie tylko w kontekście kultury osobistej, lecz także z uwagi na fakt, iż jedziemy super szybkim pociągiem do Atami. W ogóle, Japończycy mają świra na punkcie punktualności i podawanie czasu co do minuty im nie wystarcza. Tam planuje się wszystko co do sekundy. Matko Boska z Corleone, jak teraz przekonać gajdzina, że trzeba być na czas, bo shinkansen, czyli rzeczony pociąg nie zaczeka i po planowanym przyjeździe o 9:32:54, równo po piętnastu sekundach po prostu odjedzie. Biedny Smiley-san zaczyna powoli rozumieć, że wpadł jak śliwka w... , aha, właśnie, w wino śliwkowe.

Spóźnieni, bo jakżeby inaczej, jednakowoż powoli wyruszamy w stronę stacji Shinagawa. Smiley-san już się nie uśmiecha. Na szczęście, jest po godzinach porannego szczytu, więc nie ma takiego ścisku. Dobra, co by tu nie mówić, ludzi jest trochę, ale podobno i tak relatywnie niewiele, jak na stację, która obsługuje DZIENNIE ok. trzy miliony pasażerów.


Faktycznie, shinkansen robi wrażenie, zapierdziela jak struś pędziwiatr nafutrowany grochówką. Na peronie pan w mundurku (z nieodłącznymi białymi rękawiczkami) dyskretnie upycha ludzi do pociągu. Wesoła gromadka wepchnięta do wagonu od razu intonuje "Wars wita was" i zamierza rozpełznąć na wszystkie strony w poszukiwaniu alkoholu, za nic mając prośby Smileya, że jedziemy tylko 40 minut i za dwadzieścia minut już musimy być przygotowani na wysiadanie. Tak na marginesie, skubaniec już drugiego dnia zakumał, że musi robić poczwórne rezerwy czasowe ;-)

No normalnie, nie pozwolił nam wyjść z wagonu i siedzi zadowolony z siebie. My też siedzimy, ale markotni, aż do momentu gdy na horyzoncie zaczyna majaczyć wózeczek wyładowany upragnionym towarem w towarzystwie przemiłej, uśmiechniętej Japoneczki - kelnereczki. Po dotarciu do naszej brygady uśmiech schodzi z lica Smileya, a po chwili także z lica Japoneczki, bo Jurek bez ceregieli zamawia 8 whisky, o piwie nawet nie ma co wspominać. Pani niemalże upada, później wstaje, potem biegnie do kierownika pociągu, bo nie wie co ma robić. A czas ucieka... W końcu wraca i okazuje się, że ma tylko trzy whisky, ale da więcej piwa, jak trzeba. W fantastycznym humorze, obładowani pustymi puszkami oraz butelkami docieramy do Atami.

Otwiera się przed nami Japonia jakże różna od tej, którą widzieliśmy do tej pory. Półwysep Izu słynie z malowniczych krajobrazów, plaż, onsenów (czyli gorących źródeł powulkanicznych), w których co wytrwalsi mogą się kąpać oraz zupełnie swobodnie parzyć krewetki. Po drodze mijamy duże połacie ziemi ze stojąca wodą, w której uprawia się ryż. W rzece co kilka metrów stoi mały, żółty ludek i łowi ryby, co jest podobno sportem narodowym Japończyków, chociaż ja uważam, że tak naprawdę świetną okazją, aby spierdzielić na weekend z domu.


Dojeżdżamy do Shuzenji, małego miasteczka z piękną świątynią szintoistyczną. Miasteczko nie jest oblegane przez turystów, pozbawione jest zatem wdzierającego się wszędzie kiczu. Krążymy sobie po wąskich uliczkach, zaglądając w normalne, japońskie domostwa, takie z przydomowymi ogródkami, ceramicznymi stojakami na parasole oraz gaciami suszącymi się na tzw. pająkach.


Największym zabytkiem Shuzenji jest wspomniana wcześniej świątynia, a ponieważ jest ona pierwszą, którą widzimy w Japonii, zachwytom i fotografiom nie ma końca. W ogóle, należy nadmienić, że na samym początku wszyscy obiecaliśmy sobie, że zrobimy więcej zdjęć, niż wszyscy Japończycy, którzy kiedykolwiek przyjechali do Polski, nie wypadało naprawdę z tych postanowień się wycofywać. W rzeczywistości, to bardziej niż świątynia podoba mi się lasek bambusowy, który ją otacza, idę zatem tam się poplątać przez chwilę bądź dwie.


J. postanawia nabyć wróżbę na dobry początek naszego pobytu. Wróżba oczywiście napisana jest w krzakach i tylko dzięki Ewie dowiadujemy się, że czeka nas "średnie szczęście", ale do domu samolotem na pewno wrócimy. Eh, dobre i to. Kiedy nadchodzi czas powrotu do autobusu, Jurek, znękany spożytą uprzednio whisky postanawia jechać rikszą. Za nic mając kolejkę starszych małżeństw japońskich, bezceremonialnie pakuje się do rikszy. Rikszarz nie protestuje, zresztą, gdzież by śmiał. Jurek chichocząc umyka w tumanach kurzu. Ja tymczasem znikam w sklepie z rękodziełem japońskim i natychmiast zostaję zaczarowana przez zielonego kota z ceramiki za 978 jenów. "Muszę go mieć" - mówię. "E tam, misiek, znajdziemy jeszcze dużo takich sklepów, kupię ci ładniejszego. Chodź, bo o 12:37:42 musimy być w autobusie" - odpowiada małżonek.


W ten oto sposób J. popełnia jeden z większych, o ile nie największy błąd tej wyprawy. Nienabyty kot z Shuzenji kładzie się cieniem na cały wyjazd, bo OCZYWIŚCIE później okazało się, że to był sklep z najładniejszą, najtańszą, najbardziej oryginalną, robioną ręcznie w Japonii, a nie "made in china" ceramiką. Kobietom to nie trzeba tłumaczyć jak to dalej wyglądało i że przy byle okazji wychodziły ze mnie słowa następującej treści: "Już mnie nie kochasz, żałujesz mi najmniejszej przyjemności, ten kotek tam na mnie czekał od zawsze, a teraz siedzi w tej witrynie, taki smutny i samotny, nie zapomnę ci tego do emerytury". Nie wiem ile razy w kolejnych dniach, ale myślę, że wiele, J. zastanawiał się po ile chodzą przesyłki kurierskie Masterlink Express z Shuzenji do Białegostoku.

Jeszcze przed lunchem nieco poprawia mi się humor. Rikszarz, ten od Jurka, podchodzi do mnie znienacka i wręcza mi przepiękną, ręcznie robioną, papierową parasolkę. Znaczy się, mam rwanie. Od razu robi mi się lepiej, a koszt stosunkowo niewielki - jeden obrażony mąż.


Po lunchu oglądamy wodospady Joren oraz Kozu Nanataru. Faktycznie, robią wrażenie, jednak ja i J., rozpuszczeni cokolwiek widokami wodospadów z jezior Plitwickich w Chorwacji, szybko się nudzimy.


Znajduję jednak cos interesującego. Wzrok mój ląduje na plantacji roślin, tkwiących w wodzie jak sadzonki ryżu, nieopodal wodospadu. Początkowo myślę, że to jakiś specyficzny gatunek lilii wodnych. Roślina okazuje się być bardzo cenionym, mającym wysokie wymagania uprawowe chwastem, z którego robi się wasabi, cholernie ostrą, zieloną pastę, dodawaną do sosu sojowego.


Moje sokole oko dostrzega również rachityczne grzyby na zwalonych pniach sosen. "O kurde, psiaki, zupełnie jak u nas" - mówię do Ewy, naszej przewodniczki. "Nooo, niezupełnie, wczoraj jadłaś właśnie takie w syabu-syabu" - słyszę w odpowiedzi. Bueh, fuj, bueh, fuj, naprawdę muszę albo bardziej uważać, albo ograniczyć białe wino do posiłków.

Po wodospadach i związanych z nimi obserwacjami jedziemy do hotelu. Smiley-san uprzedza nas, że nie jest to taki typowy hotel, z którymi dotychczas mieliśmy do czynienia, będziemy dzisiaj bowiem nocowali "a la japonaise". Faktycznie, o ile "Welness Forest Ito" na pierwszy rzut oka nie różni się od hotelu, to przy bliższym poznaniu, jak to mawia Smiley-san: "things will not work as Tokyo". Okazuje się, że goście hotelowi, bez względu na wiek i status chodzą tam w yukatach, czyli takiej odmianie kimona oraz w klapkach japonkach (Celowo nie piszę "chodzą w japonkach", co by niezdrowych skojarzeń nie podsycać). Banda wesołych gajdzinów wpada do hotelu, co budzi konsternację wśród obsługi. Zmartwiona recepcjonistka biegnie na zaplecze w poszukiwaniu yukat w wersji dla godzilli, albowiem średnia wzrostu naszej wycieczki waha się w okolicach 1,90 cm. Umawiamy się, że do restauracji wychodzimy za godzinę, wszyscy w yukatach i nie ma żadnych wyłamów i "western clothes".

Idziemy z J. do naszego apartamentu. Obśmiewając się jak norki robimy sobie zdjęcia w tych yukatach w uroczym plenerze typowego japońskiego dojo.


Tłumaczę J., że w takim dojo chodzi się w specjalnych klapkach. Dodatkowo, są inne klapki do wychodzenia na zewnątrz, inne na balkon, a jeszcze inne do w.c. Ganiam go z tymi klapkami, mówiąc, że nie ma większego świętokradztwa niż wleźć w klapkach do w.c. na święte maty tatami, którymi wyłożone jest dojo. Zawracanie głowy z tymi klapkami, pomyliły mu się, na szczęście dosyć dobrze go pilnuję, co by profanacji nie było, mimo wszystko.

Po godzinie schodzimy do lobby. Naszym oczom ukazuje się stado gajdzinów, wszystkich w takich samych yukatach. Szkopuł w tym, że są one do kolan i niżej widać malownicze włochate nogi zatopione w ...., no właśnie. Okazuje się, że niektórzy w ogóle nie wiedzieli o co chodzi z tymi klapkami i wyleźli do restauracji w klapkach do w.c., "bo one takie fajne są, skórzane, znaczy wyjściowe". Zanim osuwam się wewnętrznie, na skróty uświadamiam co i jak. Pół wycieczki znika w windzie, jadą po klapki. No po prostu cudnie.

Nareszcie kolacja i orgia żarcia: łosoś, tempura, krewetki królewskie, małże, ośmiornice, ślimaki serwowane w olbrzymich muszlach, wszystko to suto podlane białym, schłodzonym winkiem. Na danie główne - sukiyaki. Mniam, mniam. Zjadam połowę i już czuję się jak odtwórca głównej roli w "Wielkim żarciu". Jejku, jak to dobrze, że dzisiaj mam miejsce z dala od Smileya, w przeciwnym wypadku pękłabym niechybnie i nieodwołalnie. Powiem tak, nawet J. ulega pokusie i własnoręcznie obiera, a następnie spożywa jedną krewetkę, starając się jednakowoż nie nawiązywać z nią kontaktu wzrokowego. Biesiada trwa, jest miło i przyjemnie.


Nikt nie jest zdziwiony, gdy słyszy pierwsze akordy "kto się urodził w styczniu", później "a teraz idziemy na jednego", następnie "hej sokoły", na "balladzie o Wiśniewskiej" kończąc. Głupi i niewrażliwy na sztukę personel restauracji ogłasza "last order". Jak to dobrze, że przynajmniej daje na wynos i wino i piwo. Myślicie, że wieczór się kończy? Nic z tych rzeczy. Towarzystwo przenosi się na basen i gorące źródła. J. korzysta z wymyślnej kapsuły z sauną, z której wystaje mu tylko głowa, co absolutnie nie jest żadną przeszkodą w spożywaniu piwa, no przecież. Jest i jacuzzi, i bicze, brakuje tylko miłych pań do masażu, ale te na pewno wszystkie legły na tajemniczą zarazę na wieść kto dzisiaj w hotelu nocuje.


A potem... A potem dzieją się takie rzeczy, o których nie śniło się nawet najstarszym góralom, nawet tym sprzed wojny rosyjsko - japońskiej. Wszędobylska gawiedź odkrywa klawisze Yamahy. Za klawiszami siada Maciek, sprzedawca Subaru, prywatnie absolwent szkoły muzycznej w klasie klarnetu. Oddelegowana grupa zasuwa w yukatach do "seven eleven" po whisky i colę. Nie wiem, czy jest jakaś polska piosenka, której nie śpiewamy. Nawiasem mówiąc, jakie to żałosne, że my Polacy znamy tylko refren i co najwyżej pół zwrotki każdej piosenki. Jednakże, chęci są, więc jakoś to idzie dalej. Jakże zdziwieni są przemykający chyłkiem pod ścianą Japończycy na widok bandy gajdzinów w rozpiętych yukatach, boso (srał pies te głupie klapki), z licami rozpalonymi, chlejącymi whisky z gwinta (proces mieszania z colą następował w otworze gębowym) i drących ryja wniebogłosy "daj mi swe usta, weź mię w ramiona, niech się przekonam, ile słodyczy jest w słowie Iloonaaaaaaa". Nieśmiało dopowiem, że tańce też były.


Była również przyjaźń polsko - japońska między moim małżem a przypadkowo napotkaną Japonką. Do dzisiaj nie wiem, jak ją przekonał do picia brudzia za pomocą whisky i śladowej ilości coli.

Wracamy o świcie. Panowie z obsługi hotelowej w uniformach dyskretnie wskazują dłońmi (w białych rękawiczkach) drogę damie (czyli mnie), ciągnącej za sobą naprutego, bosego gacha, za to z pustą butelką po whisky w ręku.

Rano, w okolicach czwartej wszyscy zgodnie stwierdzają, że nieuchronnie nadciągające złe samopoczucie jest niechybnie winą zbyt dużej ilości uprzednio spożytych krewetek.
DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY