DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ DRUGI

"Konnichiwa Nippon"

Lądujemy na międzynarodowym lotnisku Narita, oddalonym nota bene od Tokio o jakieś 100 km. z kawałkiem. Cieszę się jak diabli, bo mam wiele powodów. Po pierwsze nie zwymiotowałam, aczkolwiek było blisko (jak to dobrze, że Pani Bozia nie odbiera doszczętnie rozumu pijącym kobietom i podpowiada, żeby za nic nie tykać śniadań w wydaniu British Airways). Po drugie wiem, że zaraz znajdę toaletę i nareszcie opróżnię swój nieśmiały pęcherz, który za nic nie spełni swojej funkcji w żadnym środku lokomocji albo kiedy wie, że ktoś czeka na to, by dostać się do toalety. Ja już tak mam, o czym wiedzą wszyscy moi bliscy i przyjaciele, którzy kiedykolwiek mieli tę wątpliwą przyjemność podróżowania ze mną.

Po wylądowaniu wycieczka, ku rozpaczy naszych przewodników, rozpełza się na wszystkie strony lotniska w poszukiwaniu bankomatów, wody, "smoking area", obiektów do fotek, bagaży etc. Ja oczywiście, kuśtykając już co nieco, udaję się w poszukiwaniu toalety. Kiedy znajdujemy już tzw. "happy room" J. ze spokojem wyciąga książkę, mówiąc "nie śpiesz się miśku" i rozciąga się na ławce. Ja w tym czasie przeżywam pierwszy szok cywilizacyjny. Wchodzę za drzwi z dziewczynką. Tam z kolei dwoje drzwi z tabliczkami "western style" i "japanese style". W "japanese style" gwarno i tłoczno. "Huk - myślę sobie- w kiblu rodem z westernu też się przecież załatwię, byle było cicho i spokojnie". Z duszą na ramieniu wchodzę i zamieram. "Jezuuuu, jaka wielka toaleta, aaaaaaa, jak czysto". Kible nieskazitelne, pachnące, relaksująca muzyczka sączy się z ukrytych dyskretnie mikrofonów. Spłuczka na fotokomórkę, PODGRZEWANA deska klozetowa z bidetem, cyrkulacją wody i funkcjami, których do dzisiaj nie potrafię wymienić. Żadnych porozwalanych syfów, brudu, rolek po papierze. Nic z tych rzeczy, za to torebki, ochraniacze na deskę, chusteczki odświeżające, wszystko w zasięgu ręki, czyste i pachnące . A gdy wychodzę, za mną wchodzi dyskretnie uśmiechnięta pani, sprząta po mnie i dezynfekuje. Czuję się trochę jak bezcześciciel sanktuarium i barbarzyńca z dzikiego lądu. J. mało nie spada z ławki, gdy mnie widzi, pytając "To już??"

"Już" - mamroczę, nie mogąc jeszcze dojść do siebie.

Mniej więcej po połowie godziny jakoś się wszyscy spotykamy. Czeka na nas już Kawagashi-san, nasz przewodnik po Japonii, uśmiechnięty, bo nieświadomy jeszcze, że w najbliższych dniach przeżyje największą traumę swej egzystencji. Biegniemy do autobusu. Tam przeżywam drugi szok cywilizacyjny. Czeka na nas kierowca, w nieskazitelnie BIAŁYCH rękawiczkach, bynajmniej nie gumowych, w pełnym uniformie i zaprasza nas, mamrocząc coś i śmiejąc gębę, do zajęcia miejsc w autobusie. W środku mało nie osuwam się wewnętrznie, gdyż na siedzeniach widzę BIAŁE koronki, że o wszechobecnej czystości nie wspomnę. Dopiero potem, po kilku dniach, przywykam do tego, że te śnieżnobiałe koronki są niemal wszędzie, w każdym autobusie, taksówce, lobby hotelowym. No cóż, widać taka moda...


Autobus rusza, następują wzajemne prezentacje, dumny pan Kawagashi (w wolnym tłumaczeniu "Smiley") przedstawia plan naszego pobytu oraz zadaje pytanie odnośnie preferencji kulinarnych członków (znaczy tej, wycieczki). Członki, zmęczone cokolwiek lotem, w okrutnej większości nie bardzo kontaktują, ignorują zaczepki, co potem okaże się największym błędem popełnionym w Japonii. Nie wiem, naprawdę, jakim cudem mój mąż spadł z wyżyn innej świadomości i włączył się do zaistniałej rzeczywistości. Niewykluczone, że podziałał tu fakt, iż Smiley-san mówił po angielsku, co jest niezawodnym sposobem przykucia uwagi mego małża (sama tak czasem robię w domu, gdy wszystko zawodzi). Nieważne, na pytanie czy ktoś wymaga specjalnego traktowania (na szczęście tylko w sensie żywieniowym) mój mąż natychmiast unosi rękę i rzecze: "ME". Smiley- san przynosi karteczkę i prosi o napisanie, jakie produkty należy wyłączyć z diety. J. po chwili zastanowienia skrobie: "FISH, SEA FOODS, V....". Zaglądam mu przez ramię i syczę wściekła: "Jeżeli jeszcze tu napiszesz przysięgam, że cię zabiję, a już na pewno nie będę obok ciebie siedziała w restauracji". Poprzestajemy zatem na rybie i owocach morza. "Jakoś to będzie - myślę sobie. Najwyżej będziemy chodzić na ćwierćfunciaki do Maca". Z tą optymistyczną myślą oglądam sobie Tokio z okien autobusu, aż zapadam w drzemkę z otwartymi ustami, o czym wiem z relacji męża oraz słów dochodzących spoza świadomości, brzmiących mniej więcej tak: "Mysza, proszę cię zamknij dziób".


Jedziemy na lunch do hotelu Inter Continental Blue Veranda w jednym z centrów Tokio. Hotel, jak sama nazwa mówi, dla ekskluzywnych gości. Rzeczywiście, jak wchodzimy, to natykamy się na japońskie wesele, pannę młodą i korowód jej gości, wszyscy w ciuchach od Diora, Chanel etc.


A my, takie łachudry niedomyte, prosto z lotniska, w dżinsach, bluzach, włosach w nieładzie. Jednakowoż, głód robi swoje. Niczym się nie przejmując rzucamy się na bufet. Pierwszego dnia, co by szoku cywilizacyjnego nie potęgować, lecz dawkować w rozsądnych ilościach, do dyspozycji jest "Western + Japanese Buffet". Ja i małżonek rozpierzchamy się w przeciwnych kierunkach. On po spaghetti i stek, ja po łososia, kalmary i panierowane ośmiorniczki ;-) Jest fajnie, jest fajnie, nareszcie się najem za wszystkie czasy...

A po lunchu jedziemy na największą wieżę widokową świata, Tokyo Tower o wysokości 333 m. Sama wieża bardzo przypomina swój prototyp, wytwór Eiffle`a, tyle że jest większa i pomalowana na pomarańczowo, żeby było kjut, sory, znaczy kawaii.


Tłoczymy się w windach i dokonujemy kolejnej obserwacji cywilizacyjnej. Nic dziwnego, że w Japonii nie ma bezrobocia. Ludzie pracują na PEŁEN ETAT jako rozdawacze ulotek przed wieżą, hostessy windowe, informujące o numerze właśnie mijanego piętra, pilnowacze porządku w kolejce na 30 osób, a mistrzostwem świata są kłaniacze hotelowi bądź restauracyjni. Ich praca na pełen etat polega na kłanianiu się w pas, dziękowaniu, pokazywaniu drogi oraz uśmiechaniu do gości, a wszystko poza wymienionymi czynnościami nie leży już w zakresie ich obowiązków. Nieźle co?

Panorama Tokio widziana z wieży faktycznie zapiera dech w piersi. Trudno to opisać, gdyż nigdzie na świecie nie widziałam takiej masy drapaczy chmur, sięgających po horyzont.


Jest jeszcze jedna atrakcja. W niektórych miejscach na punkcie widokowym podłoga jest przeszklona. Jeżeli się na nią stanie, pod stopami ma się widok na dół, na "maleńkie" domki i samochodziki wielkości "match boxów". J. na ten widok blednie. Nie poprawia mu humoru stadko szalejących i tupiących na tym szkle japońskich pięciolatków. Siłą zaciągnięty by popatrzeć w dół, natychmiast spływa potem, zaczyna się trząchać i schodzi (niemal dosłownie, nie tylko w przenośni). Wieża widokowa przestaje mu się raptem podobać, zjeżdżamy zatem w dół.

Poza tym, dochodzi do nas zmęczenie i tak naprawdę, chcemy już do hotelu aby odpocząć, a przede wszystkim wykąpać się.

Hotel "Prince Sakura Tower" zwala nas z nóg. Położony jest nieopodal stacji Shinagawa w kompleksie innych ekskluzywnych hoteli, otoczony przepięknym ogrodem w stylu japońskim. Ten oraz inne napotkane przeze mnie ogrody mają wkrótce stać się przekleństwem mego małżonka i przyczynkiem długich dyskusji co do aranżacji ogródka w naszym rodzimym Supraślu.


Mieszkamy na siódmym piętrze, z okien roztacza się widok na rozświetloną panoramę Tokio. Mamy piękny, przestronny apartament, w łazience jacuzzi, a boy hotelowy co chwilę przynosi gazety z różnych stron świata. Aż trochę mi głupio, do momentu gdy sobie uzmysławiam, że pewnie jego praca polega TYLKO na przynoszeniu gazet gościom hotelowym. Po trzech sesjach w jacuzzi z solami miętowymi oraz umyciu włosów czuję, że wracam do życia. Wieczór dopiero się zaczyna. O 17.30 spotykamy się w lobby, aby udać się na kolację do Roppongi, dzielnicy rozrywkowej Tokio, dzielnicy, która nie zasypia nigdy.

Jest już wieczór. Na ulicach pełno ludzi, głównie młodzieży lecącej pobawić się, jest przecież sobota. Wszędzie neony, jaskrawe światła. Idziemy do restauracji, w dali majaczy cudnie oświetlona wieża Tower. Nocą wygląda zdecydowanie lepiej niż za dnia.


Dzisiaj na kolację jest "syabu-syabu" w Shab-Zen Restaurant (podług wolnego tłumaczenia autorki). Polega to mniej więcej na tym, że surowe, bardzo cienko pokrajane kawałki mięsa nabiera się pałeczkami, macza w gotującej wodzie z warzywami, grzybami i innymi składnikami, o których wolę nie wiedzieć, po czym zanurza w sosie sojowym lub sezamowym i pożera natychmiast, takie właśnie gorące. Pychota!!! Trzeba przyznać, że nawet J., po kilku minutach lekcji jak operować pałeczkami radzi sobie całkiem nieźle i zasuwa, aż mu się uszy trzęsą.


Na szczęście, lub nie, w zależności od stanu głodu, siedzimy obok Smiley-san, który za punkt honoru bierze sobie usługiwanie nam. Ledwo kawałek mięcha znika z naszej michy, już Smiley-san ładuje tam kawałek tofu, jakiegoś grzyba, tudzież innego wodorosta. Na początku jest fajnie, ale w miarę zapychania powierzchni żołądkowej zastanawiamy się, jakby tu się wymigać, uciec, nie jeść więcej, a jednocześnie nie zostawiać na talerzu, nie robić przykrości, sami wiecie...Uff, na szczęście kelnerki w kimonach wybawiają nas z opresji i zabierają michy. Na koniec podają kieliszeczek wina śliwkowego, w którym natychmiast się zakochuję miłością równie namiętną jak do wina dziadka Henryka, po czym wracamy do hotelu. Noc jednak młoda, to nic, że w organizmie tylko kilka godzin snu, szukamy zatem baru. Okazuje się, że to nie tak hop-siup. Po przelezieniu japońskiego ogródka zen, co okazuje się wcale nie takie proste nocą, gdyż znienacka wyłaniają się tam podstępne stawiki i strumyki pełne żarłocznych harpii, sory karpi, docieramy do sąsiedniego hotelu. Usłużny kłaniacz, w białych rękawiczkach, a jakże, prowadzi nas jakieś trzysta metrów po zakamarkach lobby (nadmieniam, jesteśmy w Tokio, miejscu gdzie ziemia kosztuje więcej niż na wzgórzach Golan), by w końcu dotrzeć do baru. Oh, jak jest miło. Znowu drinki, pani rzępoli na fortepianie jakieś szlagiery jazzowe, skórzane sofy, w których się zapadamy po całym dniu pełnym wrażeń. Za cztery godziny wyruszamy na półwysep Izu... Może zdążę jeszcze na jedną sesję bąbelków?

DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY