DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ PIERWSZY

"LOT czyli przygoda z British Airways"

Wstajemy, a w zasadzie zczołgujemy się z łóżka o 5.00. Jestem blada i ledwo żywa. Mało spałam. Całą noc słucham jak J. przewraca się w łóżku usiłując sobie przypomnieć wszystkie katastrofy lotnicze od zarania lotnictwa, a w szczególności te ostatnie i najbardziej spektakularne. Przez to wszystko mnie też udziela się nerwówa, ale nie chcę rozmawiać na ten temat, zatem noc upływa na wzdychaniu, przewalaniu się, zastanawianiu czego jeszcze nie spakowałam oraz przekonywaniu samej siebie, że wszystko będzie ok.

Przez to wszystko ledwo zdążamy na pociąg. Ale by było głupio, gdybyśmy nie polecieli do Japonii z powodu spóźnienia na pociąg Białystok - Warszawa Centralna przez Małkinię.

W pociągu ucinam sobie komarka, J. ciągle blady i niepewny. Przysięgam, do ostatniej chwili obawiałam się, że on w ostatniej chwili powie "dziękuję, wysiadam" i najnormalniej w świecie zwieje mi z Okęcia.

Jednak nic takiego się nie dzieje. Oczywiście, jeszcze w strefie wolnocłowej mój małżonek rączo sunie do baru i wypija dla kurażu dwa dżiny ze śladową ilością toniku. Zastanawiam się czy będzie palił z nerwów na płycie lotniska podczas tankowania samolotu, jak miał to w zwyczaju podczas naszego ostatniego lotu na Kretę.

Już to widziałam: wylatujące w powietrze samoloty, fruwające szczątki ludzkie i głos Hanny - prezydenta, że muszą zintensyfikować prace wykończeniowe i oddać do użytku terminal nr 2, wszak terminal nr 1 przestał istnieć.

Wsiadamy, J. nadal blady, ja gnana niedobrymi przeczuciami szukam "er siknes bag". Nasza 18 osobowa urocza wycieczka, w większości z Jackiem Danielsem pod pachą również zajmuje swe miejsca. Lecimy.

Najgorsze są starty i lądowania, prawda? Głównie dlatego, że jest się wtedy "sick and vomit", przynajmniej ja. Ale potem wszystko poniekąd wraca do normy, a ja do swych naturalnych kolorów. Po dwóch herbatach i kanapce z kurą jakoś to idzie.

W Londynie na lotnisku schiz. Nikt nie wie, dokąd iść, podążamy za nieokreśloną masą w upale straszliwym, bo wysiadła klima. Czeka nas wiele niespodzianek. Ściągamy kurteczki, buciki, wysypujemy zawartość plecaczków, brameczki, macanka, te sprawy. Skrajnie wyczerpani lądujemy w końcu na tym co trzeba terminalu, w barze, a jakże. Natychmiast zgadujemy się z barmanem, który po jednym zdaniu okazuje się być Marcinem, rodem z Katowic. Ach, jak swojsko się robi i sympatycznie od razu, ale tak, że ani się oglądamy, a już ostatnie wezwanie do naszej bramki ogłaszają. No to pędzimy, pędzimy, wpadamy do naszej bramki, a tam pokaźna grupa Irlandczyków ciska się tak, że niemal bramkę rozsadza. Patrzę na J., a jemu już oczy błyszczą, "oj, będzie buma" - czytam z jego twarzy. Jednak wyprzedza go inna grupa i nawet kilku za fraki się łapie, a J. już tam się przeciska, żeby na awanturę się załapać, a ja już kwitnę zielona ze strachu, gorąca i wyczerpania. Przez to wszystko do naszego jumbo wsiadamy pół godziny za późno, jednak dobrze, że w ogóle, znaczy cieszyć się trzeba. W środku jest mniej fajnie. Okazuje się, że pedał z Okęcia, który nas odprawiał, porozrzucał nas po całym samolocie. Chłopcy, którzy w zeszłym roku lecieli do Japonii ubolewają, że ciężko będzie z tą whisky chodzić po samolocie, oj ciężko. "Po co wam ta whisky - pytam- przecież na pokładzie normalnie podają drinki, nie tak"? Na to oni patrzą na mnie z politowaniem, stwierdzając, że drinki podają owszem, owszem, ale kiedy się okazuje, że leci Polak, który wiadomo, potrafi, to nawet najbardziej oblatane stewardesy bledną i nie wiedzą o co kaman i lepiej już drinków nie dawać, bo nie wiadomo jak to się skończy. Idą zatem nasi z tymi butelkami na własne ( tudzież kolegów) potrzeby. To nic, że przypadkiem jakaś Japonka w masce anty SARS i zaślepkach na oczach dostaje butelką w głowę. To nic, że stewardesy grają w marynarza, która nas dzisiaj obsługuje, jakoś to będzie - myślimy. No i jest ;-)

J. już na wstępie próbuje zaprzyjaźnić się z Sumiko, krzywonogą, przesympatyczną stewardesą. I nawet się lubią coraz bardziej, do momentu, kiedy Sumiko odmawia podania piątego podwójnego dżinu i zrozpaczona znika w czeluściach kabiny pilota.

"Ach, jaka szkoda, że nie lecimy Aerofłotem" - narzeka Maciek wyciągając pokaźną butlę Jacka Danielsa. Tak na marginesie, jemu Sumiko też odmówiła podania szóstej podwójnej whisky.

"W takim Aerofłocie, człowiek ledwo się rozsiada, a już mu wenflon z whisky na ramię zakładają" - dodaje. I chłopcy, zniesmaczeni nieco, zaczynają wędrówkę po samolocie w Boeingu nana nana nana (strasznie ich to bawi, że chichoczą po kątach), no bo przecież spać nie będą, kiedy takie ważne rzeczy obok nich się dzieją. W tej to przemiłej atmosferze umyka nam czas, a ja zapadam w sen starając się nie myśleć o tym jak mój organizm przyjmie lądowanie po wchłonięciu trzech podwójnych dżinów z tonikiem.

DZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ DRUGI DZIEŃ TRZECI DZIEŃ CZWARTY DZIEŃ PIĄTY DZIEŃ SZÓSTY DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ ÓSMY DZIEŃ DZIEWIĄTY