Everybody goes to Croatia
23 lipca 2010 napisał Betty
Wróciliśmy i …. już zapomnieliśmy, że byliśmy, zaczynając (jak to mawia Aga) żmudny proces „odbabciania” Misiuchów.
Pogoda była taka sobie, ale no czego to innego można się spodziewać, jak się zabiera ze sobą Tomka na urlop. Całą drogę do Chorwacji lało i było zimno (ja oczywiście w sandałkach i bez ani ociupinki kurtki z ortalionu). Za to na miejscu temperatura nie schodziła poniżej 35 stopni w cieniu. Mój małż, który w poprzednim życiu był rozwielitką dryfującą po morzach południowych, był przeszczęśliwy, zwłaszcza, że bezustannie smarował się drogim kremem z filtrem 50 oraz nie opuszczał bezpiecznej strefy pod parasolem (a i tak dzisiaj mu zlazła skóra, hehe). Nie muszę chyba dodawać ile przed wyjazdem było ględzenia „Ale Mysza, będziemy się ciągać z tymi klamotami jak ostatnie głupki, no po co nam parasol, ja chcę słońca). A potem parasola pilnował lepiej niż mnie. Typowe.
Jedźcie do Chorwacji, na Istrię, w sezonie jeśli:
- jesteście Niemcami, spotkacie tam bez wątpienia większość swoich rodaków
- jesteście Polakami, ale chcecie odpocząć od Polaków, bo ich tam prawie NIE MA
- chcecie sobie dobrze pojeść, a jesteście mięsożercami (cevapcici, roznici, pljeskavica) albo fruttidimarowcami (krewety, krabiki, ośmiorniczki) albo owocożercami (pyszne nektaryny, czereśnie, melony)
- chcielibyście zobaczyć autostrady jakie pobudował kraj dwadzieścia kilka lat po wojnie oraz standardy, do których Polska nie dojdzie chyba nigdy wcale
- chcielibyście zobaczyć drogę relacji Lublin – Rzeszów, którą za 2 lata będą podążać kibice z Polski na Ukrainę, a jak dojadą to ja jestem Matka Teresa z Kalkuty
- lubicie patrzeć na pola kwitnących słoneczników i winorośle na zboczach gór
- nie drażni was zapach lawendy, którą przesycone jest rozpalone powietrze
- cały rok marzycie o czystych plażach, turkusowej ciepłej i przejrzystej wodzie
(Tomek: „Beacia, ale gdzie są te platformy wiertnicze na horyzoncie i mulista plaża. Jak to NIE MA?)
- podobają wam się senne miasteczka i urocze mariny, intymne plaże wtopione w skałki.
- uwielbiacie „red lokal łajn albo łajt lokal łajn”, zwłaszcza spożywane na statkach w towarzystwie niecałkiem trzeźwego kapitana Elvisa i jego pomocnika Antonia, którzy jednakowoż postanowili pokazać nam, na przekór wszystkiemu Kanał Limski wśród dźwięków lokalnej muzyki ludowej. Dżeki do dzisiaj śpiewa przy goleniu „A ribaru czekajuuuuu”
- chcecie przeczytać 5 książek (mnie się udało)
Nie jedźcie jeśli:
- chcecie się bawić na maksa (puby, dyskoteki, bary świecą pustkami, już o dwunastej w knajpach siedzą tylko właściciele i liczą kasę), jedźcie lepiej do Barcelony
- nie zniesiecie sąsiadów Niemców, którzy od rana odkurzają, podlewają trawniki, wykonują wszelkie możliwe naprawy swoich rowerów, motorów, skuterów, łódek, patrząc na wypoczywającą na leżaku kobietę ze szklaneczką wina w ręku z miną pod tytułem „Ale głupi ci Polacy, nie umieją odpoczywać
- trwa Mundial i kibicujecie Hiszpanii. Tomek strachodupek nie chciał iść na mecz w koszulce „Viva Espania”. A jeśli liczycie na jakieś „after party” – uhm, to liczcie sobie dalej.
- macie męża skąpiradłę, nie doceniającego lokalnej biżuteryjnej sztuki ludowej.
Ja:„No to co ja zrobię, że mi się podobają same najdroższe rzeczy”
Dżeki: „Bo ty Mysza masz znaczy taki sam gust jak ci naciągacze. Oj dobra, chodź, kupię ci o taki wisiorek, bardzo ładny”
Tomek: „Ja bym Beacia nie szedł na takie substytuty”
- sądzicie że wzniesiecie się na szczyty spożywając lokalne piwo. W przerażającej większości przypadków włoskie Nastro Azurro to poezja. „Ozujsko” ujdzie, ale jest ciężko dostępne.
(„ Du wajst, wczoraj wasi rodacy wychlali wszystkie Ozujsko, a miało być na cały sezon”). No cóż ty zrobisz?
- nie pożądacie bynajmniej widoku gołych ciał, płci wszelakiej o posturach przeróżnych, od szkieletów po walenie. No cóż, topless jest zupełną normą, a poza tym na KAŻDEJ plaży opalają się golasy i tak tu po prostu jest. (Nie to co w naszym porządnym Sopocie, gdzie laski dostały mandat za pokazywanie cycek i obrazę majestatu. Porządek musi być)
- macie wstręt przed skuterkami. No chyba, że będziecie mieszkać w mieście, ale tam tylko chyba Zimbabwe by wytrzymało, a na plażę jest daleko. No a jak się mieszka przy plaży (jak my), to znowu daleko do miasta. No i było „moplikiem se jadę na szichtęęęę”
Ale jeśli pojedziecie, musicie zabrać ze sobą Tomka. Nikt tak uroczo nie śpiewa (nawet tę ribarę, moplikiem se jadę…), nie zmywa naczyń, nie kibicuje tym obłąkanym porządkami Niemcom z wuwuzelami, nie wypatruje gołych dup na horyzoncie (A nieee, ta ma czerwony tyłek, jak pawian). Nikt z taką determinacją nie szuka imprez, nie skarży się, że mu zimno, gorąco, boli go noga, odcisk, dupa, że chce siku. Nie znam nikogo, kto chciałby zatrzymać się na Węgrzech „Beacia, co za wspaniała dzielnica, wszyscy narąbani, mają rozmach skubańce”. Z kim robilibyśmy jak nie z Tomkiem przegłęboką analizę językową i semantyczną języka węgierskiego.
- „Ty, ale patrz, jest gumiszerviz, znaczy wulkanizacja, nie?
- O, i diszkont, i szolarium, żupełnie jak u nasz, nie?
- Minęliśmy Erżebetgżygżygżycośtam ut?
- Ooooo Erżebetgżygżygżycośtam ut, ooooo. JUŻ tak. Jak mówiłeś to minęliśmy.
- No ale co to jest ten ruhas?
- A tam, widziałeś, cipo ruhas?
- A tam ruhas serviz, to pewnie ginekolog nie?
Jak 4 lata temu jechaliśmy do Dalmacji na moment zatrzymaliśmy się na Węgrzech. Na jedną noc. Jakaś Węgierka spytała nas „Tylko na jedną noc?”. „No tak” – odpowiedzieliśmy – „Jutro jedziemy do Chorwacji”. Popatrzyła na nas smutno, pokiwała głową i powiedziała: „Everybody goes to Croatia”
.








Gigauta vol. II