Subscribe to
Wpisy
Komentarze

O myszach

Te myszy, które u nas buszują w domu to są jakieś takie rude chytre zdziry. Zadomowiły się w spiżarni, co mnie akurat nie dziwi. Ale nocą wychodzą podręczyć mojego małża, przebiec mu po nodze na przykład gdy gra w SKYRIM. On się wnerwia, chwyta za szczotkę, leci do spiżarni i łomoce. Ja z kolei jestem pewna, że one wtedy, te myszy siedzą gdzieś za regałem albo kredensem, chichocą i trzymają się za brzuchy ze śmiechu. Nastawiłam czarne pułapki plastikowe, takie zapadnie firmy – wiodącego producenta. Jako przynęty użyłam sera żółtego mazdamer. Nazajutrz poleciałam obejrzeć rezultaty. Mazdamera oczywiście nie było. W miejscu zapadni leżała mysia kupa. Trudno zaiste o bardziej wymowną odpowiedź w co miałam sobie niby wsadzić tę pułapkę. Kupiłam zatem w gieesie w Supraślu takie tradycyjne drewniane pastki. Nałożyłam chleba z twardą skórą i myślałam “już po was wy bladzie”. Zjadły ten chleb. Trzeba przyznać, że nie do końca, czyli to musiały być samice wiedzione intuicją. Pocieszające (albo i nie) jest to, że nie zdefekowały się na pułapkę, lecz poszły do pralni, w ubrania czekające na pranie.
I gdy już myślałam, że rzeczywiście, trzeba będzie posłuchać Hanny i te myszy oswoić i pokochać, chyba że padną wcześniej na otłuszczenie mięśnia sercowego z przeżarcia pułapkową zanętą, wtenczas stał się cud.
Myszy okazały się narkomanami. Zdeterminowanymi, dążącymi do samozagłady. Tydzień temu znalazłam 2 w wiadrze do zmywania podłogi. Jedną martwą, drugą w stanie agonalnym. Wywaliłam je na mróz, choć powinnam do kibla chyba raczej. Ale myślałam, że to przypadek.
Jednak nie. Wczoraj Magda sprzątała dom i w wiadrze znów została odrobina wody z jakimś ajaksem czy cifem. I tam znowu leży mysz. Tym razem trup zupełny, rigor mortis. Poczekam aż małż ją wyrzuci. Naleję chyba dziś na noc trochę ajaksu na spodeczek. Co tak mają bidulki się męczyć i po wiadrach łazić….
Albo nie, niech połażą. Podobno humanizm jest przereklamowany.

Ale w koło jest wesoło, ooooo

W niedzielę byliśmy z dziećmi na sankach, bo było tak słonecznie i ładnie. W ogóle nie było czuć mrozu.
„Hm, ja to nie PRZEPADAM za sankami raczej” – stwierdziła rezolutnie Haneczka.
„Wiesz, ale wcześniej to ci się podobało. Wcześniej, znaczy zanim przejechałaś wielkimi metalowymi sankami przez szyję chłopczyka w niebieskim kombinezoniku jadącego przed tobą na jabłuszku” – odparłam.
„No i mi się nie spodobało, wystraszyłam się, wiesz?” (To „wiesz” to nowy leksykalny nabytek Hanny)
Kiedy my jeździliśmy na sankach w lesie wówczas Dżeki Fader wracał z Warszawy wielce umęczon, lecz nie otrut co sprawdził w pobliskim stołecznym komisariacie milicji na alkomacie.
Mrozy nas przypiliły i zwariowała brama elektryczna. W zasadzie to działa, aczkolwiek połowicznie. Znaczy współpracuje przy otwieraniu, a przy zamykaniu stanowczo odmawia współpracy.
Ogólny przybytek zepsucia zasiliła także zmywarka, która przestała zmywać naczynia dokumentnie. Trwało to długo dosyć, od zeszłego tygodnia, aż w końcu Dżeki małż postanowił coś z tym zrobić osiągnąwszy apogeum megawkurwienia po tygodniu ręcznego mycia naczyń. Ja odmówiłam współpracy po 2 dniach, po tym jak moje ręce zaczęły przypominać do złudzenia tareczkę do czosnku i z dużym powodzeniem mogły zacząć ją zastępować także. Albowiem były SZORSTKIE. Jak jamnik SZORSTKOWŁOSY, albo jak język krowy.
Wiecie jak trudno jest znaleźć mechanika do AGD, który przyjechałby w mrozy do Supraśla naprawić zmywarkę?
BARDZO TRUDNO.
Ale w końcu taki jeden się znalazł i oczywiście ja musiałam z nim znaleźć nić porozumienia, co nie było łatwe bo był on z gatunku tych niesympatycznych i nieufnych, zwłaszcza w kierunku blondynek i zmywarek. Oczywiście, będę szczera, jak najbardziej brałam pod uwagę taką ewentualność, że przy mechaniku ta durna zmywarka zacznie jak najbardziej prawidłowo funkcjonować ochoczo opluskując wodą brudne naczynia. Ale ponaciskałam guziczki włączające i stałam z udręczona miną z cyklu „nie rób mi tego” patrząc na zmywarkę, podczas gdy nade mną wisiał mechanik jak kobra meksykańska i patrzył na mnie z miną chirurga gotowego na przeszczep wątroby. I gdy już myślałam, że po mnie, ze rzuci się na mnie i rozpruje (mechanik, nie zmywarka), to ta wredna menda (zmywarka, nie mechanik, chociaż mechanik tez wredna menda) zaczęła nareszcie awaryjnie odprowadzać wodę.
Potem było już z górki. Mechanik dosadnie dosyć wyraził zdumienie jak można nie wiedzieć gdzie się ma w domu licznik na wodę i zawór zamykający dopływ wody. Słowami bardzo brzydkimi, przy Misiuchach. Ja rzeczywiście nie wiedziałam, podobnie jak mój mąż, a także specjalista, który montował instalację wod-kan w naszym domu. Przypuszczam, że argumenty przekazywane przez telefon „niech pani mu powie, żeby gdzieś pod posłaniem psa sprawdził” mogłyby do niego nie trafić. Równie dobrze mógłby poszukać tego we własnej dupie. Znaczy z podobnym rezultatem. Ani psa, ani posłania nie ma od miesiąca.
Na końcu mechanik wymontował zmywarkę, zapakował na samochód i polecił naprawić zawór pod kranem, który to zawór był podobno głównym sprawcą nieszczęścia.
Małż zaczął zatem telefoniczne poszukiwania hydraulika, który przyjechałby w mróz do Supraśla i naprawił zawór. Jak słusznie się domyślacie, nie było to łatwe, ale hydraulik się znalazł. Ale to, co później się stało w naszym domu wiem na szczęście nie z autopsji, lecz z relacji teściowej, pojechałam bowiem do pracy ukoić zszargane mechanikiem nerwy. A teściowa została w domu z hydraulikiem i dwójką wszędobylskich Misiuchów. Siedząc przy komputerze i sącząc kawę słyszałam mimochodem jak spocony i czerwony ze zdenerwowania Dżeki rozmawia przez telefon: „Mamo, powiedz mu, że ten zawór jest pod pralką, pod pralką. Mamo, którego słowa ten dureń nie rozumie „zawór” czy „pod pralką”. Niech mu Rys pokaże jak wygląda pralka”.
No bo to był rzeczywiście dureń, ten hydraulik. Ale najgorsze było to, że dureń ambitny. On bowiem postanowił sobie, że skoro przyjechał do tego Supraśla w mróz, to wymieni ten zawór choćby nie wiem co. I wymienił. Skutek nie był trudny do przewidzenia. Dureń cały mokry przeklinał, woda się lała do górnego poziomu listew przypodłogowych, teściowa chodziła po kuchni w wielkich kaloszach Dżekiego i bezustannie paliła papierosy, a Misiuchy, podobno zachwycone, popędziły rączo na górę po kąpielówki i pływaczki. Zawór został zmieniony, ale po fakcie przemądry hydraulik przypomniał sobie, że przyjechał autobusem, po czym skonstatował, ze jest mokry. Następnie połączył te dwa fakty i zażądał od teściowej, żeby go odwieźć do domu samochodem, przez co ja musiałam natychmiast wracać z pracy.
Zmywarka okazała się być oporną i drogą w naprawie, a także wnioskując z relacji mechanika to nie wykorzystała jeszcze całego repertuaru możliwych dziwnych zachowań. Kupiliśmy więc nową, a ja znów stanęłam przed perspektywą spotkania z przesympatycznym mechanikiem, który przyjechał ją zamontować. Tym razem było milej. Kazał mi tylko trzymać obudowę , a w trakcie tego trzymania ochrzanił, że jak to jest możliwe, że w ciągu zaledwie dwóch dni zgubił się przewód od zmywarki (taka plastikowa rurka) oraz przedłużacz. Zaproponowałam mu, że pożyczę mu Misiuchy do domu albo do warsztatu na 2 GODZINY, nie 2 dni, a potem poćwiczymy sobie wspólnie pamięć sekwencyjną i łamigłówki z cyklu „gdzie to leżało”…
Boże, czy wam też się przydarzają takie rzeczy czy tylko mnie?
Pojawiły nam się w domu myszy. Takie polne, rude, z paskiem na grzbiecie. Nic dziwnego , kota nie ma, zimno się zrobiło na podwórku, to przyszły… Teściowa o mało nie zeszła na zawał , Dżeki cały piątkowy wieczór ganiał jedną ze szczotką. Hania strasznie się ucieszyła „Widziałaś jaka ładna? Tak się ogonek za nią ciągnął…. Oswoimy ja , mamusiu?
„Mała, ty idź już spać, bo musisz się wysypiać. A to trudno, jak się wstaje w nocy kiedy trzaska pułapka i trzeba taką myszę zdechłą wyrzucić. Albo myszę w konwulsjach…”
Też go kocham bardzo. Ta jego troska mnie rozwala.
Oczywiście całe przedszkole wie, że mamy myszy. Bo to takie fajne jest.
Temat myszy nie zostanie niestety pogłębiony, gdyż od wczoraj Hania ma OSPĘ.
I znowu dwa tygodnie w domu.
Jezus.

Tę ospę to już mamy chyba za sobą. Chociaż Hanki nie wysypało, nie będę więc taka do końca kategoryczna.

Dwa tygodnie pobytu dzieci w domu zrobiły swoje – Misiuchy są po prostu potworami.

Ja z kolei nie byłabym sobą gdybym nie zapadła na następną chorobę. I nie jest to pląsawica Huntingtona, papuzica, choroba popromienna ani ciąża urojona (dwa sezony Housa za mną). Mam po prostu zapalenie zatok.  Ból policzków, skroni, czoła, nosa, żółcie, zieloności… wiecie…

Ale mi przechodzi. Nie wiem czy bardziej od klacidu czy od czarów. Klacid stosuję od piątku, czary od niedzieli.

Czary też pomagają… “Mamusiu, jesteś pod wrażeniem?”  zapytała Hania.

Jestem. Czary na zatoki, metoda białoruska Nataszki, opiekunki babci Danus. Lubię was, to się z wami nią podzielę:

“Wziąć szklankę. Nalać do niej wrzątku. Oblać sobie szybko zatoki tym wrzątkiem”.

Dobra, żartowałam.

“Wziąć szklankę. Nalać do niej wrzątku. Wylać szybko ten wrzątek. Owinąć gorącą szklankę serwetką. W serwetce zrobić otwór tam gdzie jest otwór szklanki. Przyłożyć do ucha. I czekać. Potem do drugiego ucha. Czynność powtórzyć kilkakrotnie”.

Nie wiem jak to działa, czy tam się wytwarza jakiś ciąg albo próżnia, albo nie wiem co jeszcze, ale rzeczywiście to co siedzi w zatokach to się rozrzedza i wyłazi. Gusła.  Dziady. Jak od tej baby z Orli, która histeryzującego Huberta kazała Gośce prze spódnicę przekładać. I wszyscy się śmiali. I płakali, bo dzieciak dalej histeryzował. I przestali, gdy Gośka przeciągała, a on się uspokajał i był potulny jak baranek, a nic innego nie działało. To potem już sami mówili, żeby przeciągała. Nie wiem czy jeszcze przeciąga. Ale myślę sobie, że jak mnie małż wnerwi to może go też przeciągnę przez spódnicę, tę turkusową najlepiej, bo z gumką…

Dzisiaj byliśmy na spacerze, bo było tak ładnie, zimowo. Trochę na sankach, trochę o w ogrodzie.

Hania od 2 dni mówi nareszcie piękne “r”, tym samym praca nad artykulacją u 2 dzieci jest w zasadzie zakończona. Brakujący Szczebrzeszyn czyli  “sz, cz, rz” u Ryśka nastąpiło na przełomie listopada i grudnia.

I tak to leci. Nie wiem jak one wrócą w poniedziałek do przedszkola. Pomyślę o tym później.

SMS dla Jędrka

Ci, którzy regularnie tu zaglądają wiedzą kim jest Jędrek i niejednokrotnie mu pomagali, o czym wiem i za co dziękuję.
Tak jak w zeszłym roku będę prosiła Was o przekazanie 1 % podatku na terapię Jędrka. Ale to kiedy będziecie nieśli swoje PITy do skarbówki.
Tak jak w zeszłym roku, blog o deszczowym chłopcu bierze udział w konkursie BLOG ROKU. Nie dla pieniędzy i wygranych. Chodzi o nagłośnienie problemu autyzmu.
Hania, mama Jędrka napisała mi:
Jesteśmy na 10-tej pozycji i tym bardziej potrzebujemy Waszej pomocy. Więc jeśli jeszcze nie wysłałeś sms na bloga Jędrka, zrób to. Za jedyne 1,23 zł:
a/ robisz reklamę naszemu blogowi – a więc pomagasz naszej rodzinie
b/ nagłaśniasz, uczulasz innych na problem autyzmu i ogólnie niepełnosprawności
c/ ofiarowujesz swoje 1,23 na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych.

PS. Jestem lepsza jak audiotele. U mnie wszystkie odpowiedzi są dobre:)

A więc warto wysłać sms o treści: A00666 (zera! nie literki o i żadnych spacji) na numer 7122

Głosujemy tylko do czwartku. Jeśli uda nam się utrzymać w pierwszej dziesiątce, będziemy dłużej reklamowani bo przejdziemy do drugiego etapu. Powiem szczerze, o reklamę nam chodzi.

Także, jeśli możecie, zagłosujcie proszę.

Czuję się trochę jak te moje stokrotki w ogrodzie. Zakwitły sobie bujnie na różowo pod domkiem dla gości i w sobotę je przysypało śniegiem, już na wsiegda zapewne.
W ubiegłym tygodniu byliśmy z Misiuchami w Krakowie. Pojechaliśmy PKP, bo trochę wygodniej z dziećmi, szybciej i taniej. NIGDY PRZENIGDY nie przypuszczałam, że to powiem odnośnie polskiego PKP. Ale rzeczywiście trasa Białystok – Kraków Główny trwała 5 godzin i 50 minut, kosztowała w obie strony 168 zł w przedziale dla matki z dzieckiem i dostarczyła Misiuchom niezapomnianych wrażeń. Mnie zaś otwarła na wspomnienia, takie wiecie, na pewno też je macie, zatłoczone wagony, korytarze, podawanie przez okna walizek i dzieci, spanie na górnej półce na bagażach jak pająk w siatkach, zapach gotowanych jajek na twardo, kanapek i kawy z termosu. Żeby nie było za różowo, nie było komfortu temperaturowego. Przezornie poubierałam dzieciaki i małża w swetry robione na drutach. Siedzieli w podkoszulkach, bo w przedziale mogło być albo +10 (przy non stop otwartym oknie) lub + 30. Było zatem + 30.
Ale dzieci były WZGLĘDNIE grzeczne. Przeszły pieszo z dworca głównego na Wawel na własnych nogach, z małą przerwą na obiad w restauracji. Swoją drogą znaleźć na starówce knajpę, co zaserwuje pomidorową z ryżem, a nie suszi, to hm…. nie było to proste, zwłaszcza ciągnąc czterolatki które chciały do smoka, NATYCHMIAST. A także pić, kupę, do taksówki, i kupić “coś fajnego” “co konkretnie?” “nie wiem”.
Photobucket Wróciliśmy zmęczeni. I z ospą. Ospa wykluła się u Rikiego w piątek po południu, najpierw poprzez marudzenie i gorączkę, następnie przez rzygi i biegunkę. Krosty wyszły w sobotę. Trochę więcej w niedzielę. Jeszcze więcej w poniedziałek. Dzisiaj się jakby zatrzymało. Hanka rzyga i gorączkuje od niedzieli, ale na razie nic jej jeszcze na skórę nie wywaliło. Jeszcze. Znaczy, mam czas aby zakupić tuby dla psów, do zakładania na szyję, takie co wiecie, uniemożliwiają drapanie. Rikardo drapie się STRASZNIE. Będzie miał dzioby jak nic. Chyba, że mu zwiążę ręce, albo tę tubę nałożę naprawdę.
No to od soboty siedzę w domu i pomalowałam paznokcie (łał), a także skończyłam ostatniego Nesbo, “Pancerne serce”, które moim zdaniem jest naj, naj, najlepsze z całej serii. Jo bierz się do roboty i pisz dalej! Przyznam się, że nie wytrzymałam i zanim zaczęłam czytać zajrzałam na ostatnią stronę. Nie po to, żeby zobaczyć kto zabił, tak durna to do końca nie jestem, ale żeby zobaczyć czy Harry przeżył. Wiedziałam, że to ostatni aktualnie dostępny tom i… niby się nie zabija głównego bohatera, który w przyszłości przyniesie jeszcze trochę kasy ze swych przygód może, ale … z tym Nesbo to nigdy nic nie wiadomo do końca.
No to dalej w tym tygodniu będziemy inkubować varicaellę. “Ospa party”, stające się nową świecką tradycją ponoć, nie jest u nas przewidziane. Znowu łikend zapowiada się pod znakiem “Skyrim” (małż) i “Nights in white satin with hand made jarzębiak and dr House second season”

P.S. Dlaczego mówi się sezon, a nie seria? Sezon to na leszcza jest, nie?

Żaba, grusze i jabłonie

Nowy Rok wije się nijako.
Uszyłam żabę, chociaż po pracy nad prezentami gwiazdkowymi myślałam, że przez dłuższy czas będę robić nic. Ale nie bardzo potrafię. Inspiracja: Calineczka z 1979 (aktualna własność Haneczki) , ciotka Ewa i jej książka o Tildach. Żaba wyskoczy do właścicielki książki :)

Skończyłam “Prawiek” Tokarczuk. Trochę w klimacie podobny do Doliny Issy Miłosza, według mnie.
A oprócz tego ludzki, sensualistyczny, krew i mięso i natura.
W “czasie sadu” taka oto kwintesencja:
“… w roku jabłoni kwiaty kwitną krótko, lecz najpiękniej. (…) Owoców jest wiele, lecz drobnych i niezbyt okazałych. (…) Mioty zwierząt są słabe i niewielkie, ale z tych, które przetrwają pierwsze dni, wyrastają sprytne i zdrowe osobniki.(…) Koty zabijają myszy nie dlatego, że są głodne,lecz dla samego zabijania, mszyce atakują ludzkie ogrody, a motyle biorą sobie na skrzydła najbardziej jaskrawe kolory. Lata jabłoni rodzą nowe pomysły. Ludzie wydeptują nowe ścieżki. Karczują lasy i sadzą młode drzewa. Budują na rzekach groble i kupują ziemię; kopią fundamenty pod nowe domy. Myślą o podróżach. Mężczyźni zdradzają swoje kobiety, a kobiety – mężczyzn. (…) Ludzie nie mogą spać. Zbyt wiele piją. Podejmują ważne decyzje i zaczynają robić to, czego do tej pory nie robili. Powstają nowe idee. Zmieniają się rządy. Giełdy są niestabilne i z dnia na dzień można stać się milionerem albo stracić wszystko. (…) Ludzie marzą i mylą marzenia z tym, co uważają za rzeczywistość.
W roku grusz nie wydarza się nic nowego. To, co się zaczęło – trwa. To, czego jeszcze nie ma – zbiera swoje siły w nieistnieniu. (…) Zwierzęta i ludzie obrastają w tłuszcz, bo stodoły pękają od plonów. Matki rodzą duże dzieci i częściej niż zwykle przychodzą na świat bliźniaki. (…) Ludzie myślą o budowie domów, a nawet całych miast. Rysują plany, mierzą ziemią, ale nie biorą się do roboty. Banki wykazują ogromne zyski, a w magazynach wielkich fabryk zalegają towary. (…) Ludzie marzą i w końcu zauważają, że każde ich marzenie spełnia się – nawet wtedy, gdy jest już za późno.

Nie wiem co komu lepiej życzyć…
Ja bym w końcu chciała roku gruszy.

Było, minęło

Spotkaliśmy się na kinderbalu sylwestrowym u nas, w Supraślu.
Lista obecności:
- Misiuchy szt. 2 (lat 3 i 10 m-cy)
- Wiktoria szt. 1 (lat 4 i 4 m-ce)
- Alek szt. 1 (lat 3 i 9 m-cy)
oraz opiekunowie: ja, Dżeki małż, Aga, Marcin, Chochlik, Igor (suma lat: 108, obliczone prostym działaniem arytmetycznym 6 sztuk x 18 lat.
Menu:
- flaki świąteczno bożonarodzeniowe
- bigos świąteczno bożonarodzeniowy
- sałatka warzywna Sophie Dahl na ciepło
- sałatka kartoflana
- sałatka brokułowi
- śledzie
- sushi
- pasztety królicze i drobiowe
- rolada czekoladowa made by Aga
- tort czekoladowy made by Aga
- miś babko piaskowy made by Aga
Spożyte alkohole (w kolejności podawania):
-piwo Tyskie z Polski na rozgrzewkę
- sake oryginal made In Japan (ale słabiutka, napisane było w krzakach +8, znaczy, że od ósmego roku życia ) pod sushi
- wódka polska wyborowa
- dżin seagrams z tonikiem
- jarzębiak made by Betty
- orzechówka made by Betty
- szampan Michel Angelo słodki gronowy
- Krupnika i Bailejsa już nie otworzono, nie było komu.
Uwagi luźne:
- o godz. 9,30 padła całkiem przytomna propozycja złożenia sobie życzeń noworocznych z uwagi na duże niebezpieczeństwo nie złożenia sobie ich w ogóle. Wniosek został przyjęty z aprobatą.
- o 10.00 ktoś rozbił szklankę i odkurzał całą jadalnię
- o 10.15 ktoś spadł z krzesła, lecz wstał
- o 11.00 ktoś śpiewał w kuchni przy zlewie „I have time of my life” i „San of Dżamejka” z szampanem w charakterze m ikrofonu
- 11.50 nastąpiło budzenie gospodarza w celu wzniesienia toastu noworocznego w słowy „ni e śpij kurwa”, po tym jak piłowanie plastikową piłą nadgarstków nie przyniosło pożądanych rezultatów.
- dzieci padały w kolejności: Ryś – 10.00, Hania – 11.00, Alek – 12.40, Wika 01.30
- flaki wołowe mego taty uratowały dnia następnego życie 2/3 męskiej sylwestrowej populacji. Pozostała 1/3 zdychała do późnych godzin wieczornych, bo flaków nie jadła.
- straty: niewielkie, duża ilość strzępów balonowych, czapeczek i plasteliny wduszonej w dywan.
Plan sprzątania przewidziany na 3 króli.
Tak to było.
I minęło.

Tak przed Sylwestrem…

… znalazłam na jakiejś stronie taki lingwistyczny rarytas.

Wymiękłam oczywiście przy “szara morda da ci w klopa” i “Józek męska pipą”.

Tak przedsylwestrowo.

Z gwarancją, że już nigdy nie będziecie kojarzyć utworu z jego wersji pierwotnej.

 

Skóra w której żyję…

… naciągnęła się do granic możliwości. Waga przekroczyła magiczną szóstkę z przodu.
W pracy zjadłam kolejne porcje uszek z grzybami i omszałe wisienki, wszak nie mogę tak się poddać bez walki. W święta chodziłam w turkusowej spódnicy na gumce. Przez dwa dni.
A został gar bigosu i flaków. I pół sernika, który wyszedł DOS-KO-NA-LE. Jezus, ja nie wiem co ze mną, czy raczej ze mnie będzie. KROKODYL? Zdejmijcie ze mnie skórę wtedy i zróbcie sobie torebki może??
O matko, o czym ja tu mówię. Ale to z tego obżarstwa i otłuszczenia mózgu chyba.
Albo od Housa, kończę właśnie 1 sezon.
A dzisiaj zawiozłam Misiuchy do przedszkola. Hanię z jej starą zdezelowaną kotką Mamrotką (dwa nowe koty od Mikołaja nie dostąpiły tego zaszczytu, a szkoda, bo Mamrotka wygląda jak wyjęta z kufra prababci . Dwie akcje Soni pt. „ zarąbać i zakopać w ogródku” też zrobiły swoje). Rysio zabrał czerwonego porszaka, jednego z trzech, które dostał w prezencie obok 70 innych samochodzików wszelkiej maści.
Oprócz Misiuchów w przedszkolu samotnie przy stoliczku siedziała jeszcze jedna dziewczynka. A panie popatrzyły na nas wzrokiem z cyklu „o, wzięła i przyprowadziła dzieci do przedszkola, bo jej się zajmować nimi nie chce. Wyrodna matka, pewnie zaraz na wyprzedaże sobie pojedzie, no bo kto normalny pracuje między świętami a sylwestrem”.
Moi rodzice wyjechali i czas wrócić do rzeczywistości, czyli prania, gotowania, sprzątania po nocach i wstawania o 7.

Święta święta…

Photobucket

dalej »