Subscribe to
Wpisy
Komentarze

Everybody goes to Croatia

Wróciliśmy i …. już zapomnieliśmy, że byliśmy, zaczynając (jak to mawia Aga) żmudny proces „odbabciania” Misiuchów.
Pogoda była taka sobie, ale no czego to innego można się spodziewać, jak się zabiera ze sobą Tomka na urlop. Całą drogę do Chorwacji lało i było zimno (ja oczywiście w sandałkach i bez ani ociupinki kurtki z ortalionu). Za to na miejscu temperatura nie schodziła poniżej 35 stopni w cieniu. Mój małż, który w poprzednim życiu był rozwielitką dryfującą po morzach południowych, był przeszczęśliwy, zwłaszcza, że bezustannie smarował się drogim kremem z filtrem 50 oraz nie opuszczał bezpiecznej strefy pod parasolem (a i tak dzisiaj mu zlazła skóra, hehe). Nie muszę chyba dodawać ile przed wyjazdem było ględzenia „Ale Mysza, będziemy się ciągać z tymi klamotami jak ostatnie głupki, no po co nam parasol, ja chcę słońca). A potem parasola pilnował lepiej niż mnie. Typowe.
Jedźcie do Chorwacji, na Istrię, w sezonie jeśli:
- jesteście Niemcami, spotkacie tam bez wątpienia większość swoich rodaków
- jesteście Polakami, ale chcecie odpocząć od Polaków, bo ich tam prawie NIE MA
- chcecie sobie dobrze pojeść, a jesteście mięsożercami (cevapcici, roznici, pljeskavica) albo fruttidimarowcami (krewety, krabiki, ośmiorniczki) albo owocożercami (pyszne nektaryny, czereśnie, melony)
- chcielibyście zobaczyć autostrady jakie pobudował kraj dwadzieścia kilka lat po wojnie oraz standardy, do których Polska nie dojdzie chyba nigdy wcale
- chcielibyście zobaczyć drogę relacji Lublin – Rzeszów, którą za 2 lata będą podążać kibice z Polski na Ukrainę, a jak dojadą to ja jestem Matka Teresa z Kalkuty
- lubicie patrzeć na pola kwitnących słoneczników i winorośle na zboczach gór
- nie drażni was zapach lawendy, którą przesycone jest rozpalone powietrze
- cały rok marzycie o czystych plażach, turkusowej ciepłej i przejrzystej wodzie
(Tomek: „Beacia, ale gdzie są te platformy wiertnicze na horyzoncie i mulista plaża. Jak to NIE MA?)
- podobają wam się senne miasteczka i urocze mariny, intymne plaże wtopione w skałki.
- uwielbiacie „red lokal łajn albo łajt lokal łajn”, zwłaszcza spożywane na statkach w towarzystwie niecałkiem trzeźwego kapitana Elvisa i jego pomocnika Antonia, którzy jednakowoż postanowili pokazać nam, na przekór wszystkiemu Kanał Limski wśród dźwięków lokalnej muzyki ludowej. Dżeki do dzisiaj śpiewa przy goleniu „A ribaru czekajuuuuu”
- chcecie przeczytać 5 książek (mnie się udało)

Nie jedźcie jeśli:
- chcecie się bawić na maksa (puby, dyskoteki, bary świecą pustkami, już o dwunastej w knajpach siedzą tylko właściciele i liczą kasę), jedźcie lepiej do Barcelony
- nie zniesiecie sąsiadów Niemców, którzy od rana odkurzają, podlewają trawniki, wykonują wszelkie możliwe naprawy swoich rowerów, motorów, skuterów, łódek, patrząc na wypoczywającą na leżaku kobietę ze szklaneczką wina w ręku z miną pod tytułem „Ale głupi ci Polacy, nie umieją odpoczywać
- trwa Mundial i kibicujecie Hiszpanii. Tomek strachodupek nie chciał iść na mecz w koszulce „Viva Espania”. A jeśli liczycie na jakieś „after party” – uhm, to liczcie sobie dalej.
- macie męża skąpiradłę, nie doceniającego lokalnej biżuteryjnej sztuki ludowej.
Ja:„No to co ja zrobię, że mi się podobają same najdroższe rzeczy”
Dżeki: „Bo ty Mysza masz znaczy taki sam gust jak ci naciągacze. Oj dobra, chodź, kupię ci o taki wisiorek, bardzo ładny”
Tomek: „Ja bym Beacia nie szedł na takie substytuty”
- sądzicie że wzniesiecie się na szczyty spożywając lokalne piwo. W przerażającej większości przypadków włoskie Nastro Azurro to poezja. „Ozujsko” ujdzie, ale jest ciężko dostępne.
(„ Du wajst, wczoraj wasi rodacy wychlali wszystkie Ozujsko, a miało być na cały sezon”). No cóż ty zrobisz?
- nie pożądacie bynajmniej widoku gołych ciał, płci wszelakiej o posturach przeróżnych, od szkieletów po walenie. No cóż, topless jest zupełną normą, a poza tym na KAŻDEJ plaży opalają się golasy i tak tu po prostu jest. (Nie to co w naszym porządnym Sopocie, gdzie laski dostały mandat za pokazywanie cycek i obrazę majestatu. Porządek musi być)
- macie wstręt przed skuterkami. No chyba, że będziecie mieszkać w mieście, ale tam tylko chyba Zimbabwe by wytrzymało, a na plażę jest daleko. No a jak się mieszka przy plaży (jak my), to znowu daleko do miasta. No i było „moplikiem se jadę na szichtęęęę”

Ale jeśli pojedziecie, musicie zabrać ze sobą Tomka. Nikt tak uroczo nie śpiewa (nawet tę ribarę, moplikiem se jadę…), nie zmywa naczyń, nie kibicuje tym obłąkanym porządkami Niemcom z wuwuzelami, nie wypatruje gołych dup na horyzoncie (A nieee, ta ma czerwony tyłek, jak pawian). Nikt z taką determinacją nie szuka imprez, nie skarży się, że mu zimno, gorąco, boli go noga, odcisk, dupa, że chce siku. Nie znam nikogo, kto chciałby zatrzymać się na Węgrzech „Beacia, co za wspaniała dzielnica, wszyscy narąbani, mają rozmach skubańce”. Z kim robilibyśmy jak nie z Tomkiem przegłęboką analizę językową i semantyczną języka węgierskiego.
- „Ty, ale patrz, jest gumiszerviz, znaczy wulkanizacja, nie?
- O, i diszkont, i szolarium, żupełnie jak u nasz, nie?
- Minęliśmy Erżebetgżygżygżycośtam ut?
- Ooooo Erżebetgżygżygżycośtam ut, ooooo. JUŻ tak. Jak mówiłeś to minęliśmy.
- No ale co to jest ten ruhas?
- A tam, widziałeś, cipo ruhas?
- A tam ruhas serviz, to pewnie ginekolog nie?

Jak 4 lata temu jechaliśmy do Dalmacji na moment zatrzymaliśmy się na Węgrzech. Na jedną noc. Jakaś Węgierka spytała nas „Tylko na jedną noc?”. „No tak” – odpowiedzieliśmy – „Jutro jedziemy do Chorwacji”. Popatrzyła na nas smutno, pokiwała głową i powiedziała: „Everybody goes to Croatia”
.

Jedziemy jutro…

Popakowałam się już tak z grubsza. Aga powiedziała, “nie prasuj dziewczyno, idź lepiej robić wosk na nogi, i tak będziesz chodzić w bikini i pareo, albo nawet bez”.
Także nie prasowałam, bo i też mnie głowa bolała (zawsze mnie boli, gdy wracam z Warszawy). Już wspominałam kiedyś chyba, jakie to jest znamienne, że król, który przeniósł stolicę z Krakowa do Warszawy chorował przewlekle na syfilis.
Cały czas mnie głowa boli, i staram się nie myśleć czego nie wzięłam.
Na pewno Misiuchów.
Od tego też mnie głowa boli, bo się martwię jak to będzie i będę tęsknić bardzo.
To idę kłaść ten wosk.
A wy czekajcie tu na mnie i prowadźcie się dobrze.
(I nie przyjmujcie słodyczy od obcych).

Dwoje, troje, co za różnica …

P.S. Nic dodać, nic ująć, a Sionia ciągle jest.

O Rysiu szpaku

Tyle mówi mój synek, 2 lata i prawie cztery miesiące. Najfajniejsze jest to, że codziennie pojawia się nowe słowo i to jest niesamowite. I chociaż nie ma “MAMA”, a jest “RAK” (po cholerę??), to i tak cieszę się że jest to, co jest.

1.    OSOBY
Iś (na siebie)
Baba
Tata
Pan
Kiki ( na Wiktorię)
Aek (na Alka)
Dziadek

2.    RZECZOWNIKI
Kij
Kak (na kask)
Iś (na misia)
Para (przy grze w memo)
Baj (na bajkę)
Bęben
Auto
Dom
Dach
Dzi (na drzwi)
Oko
Ucho
Pupa
Pępek
Kupa
Rak

Gara (garaż)

(i dużo słów nazywanych ostatnią sylabą, np. eb (chleb), ik (królik), ga (noga), ki (klocki) itp.. Wiemy o co chodzi, bo pokazuje palcem.

3.    CZASOWNIKI
Iś (iść)
Daj
Graj
Pi (pić)
Am (jeść)
Bej (na bujanie)
Edzie (jedzie)

4.    ONOMATOPEJE
Ko ko (kura), pi pi (ptaszek), ałał (piesek), plum (wpada do wody), bam (piłka, spadanie), brrr (na motor, samochód), tik – tak (zegarek), bum bum (bębenek), kap- kap (deszcz), uf uf (pociąg), gul gul (indyk), be be (baran), bach bach (stukanie, uderzanie), puk puk (pukanie), krra (wrona), mu (krowa), iha (konik), kle kle (bocian), kum-kum (żaba), uhu (sowa), kuku (kukułka, także zabawa w a kuku),

5.    INNE
Tak, e (na nie), pa pa (na pożegnanie), haha (śmieje się), ajajaj, papapaj (jak robi konik?), keś (cześć)

O obowiązkach jakże różnych

Leje i leje. Spóźniliśmy się dzisiaj na rajd pogoni pojazdów zabytkowych. Takie fury zabytkowe zapłakane deszczem przeszły, czy raczej przejechały nam koło nosa.

Ale za to musiało dokonać się zadośćuczynienie w postaci odmiennej, a jakże, gdyż nam właśnie muszą przytrafiać się sytuacje wyjątkowe.

Najpierw poszliśmy wypełnić obywatelski obowiązek, gdy okazało się że rajdu jednakowoż nie ma. Z lodami i wózkiem pełnym dzieci, z czego jedno dziecko mocno umorusane Magnum Almond. Głupio zrobiliśmy, bo tak sobie rozmawialiśmy o tych wyborach i postanowiliśmy, że oczywiście zagłosujemy na Endrju Leppera, wszak Pudzianowski nie startuje i tutaj doprawdy nie wiem dlaczego. Mariusz, musisz zmienić swojego menadżera. Podnosisz ciężary, tańczysz tango, pierzesz po mordzie…, jak nic byś przeszedł do 2 tury. I tak głupio wyszło, bo zapomnieliśmy, że nasza córka ma właśnie moment powtarzania wszystkich zasłyszanych słów. I już sobie wyobraziłam jak wpada do okręgowej komisji wyborczej nr 2 w Supraślu krzycząc  “Endlju Lepel,  Endlju Lepel” a potem nas zgarniają za zakłócenie ciszy wyborczej i płacimy mandat 2 miliony złotych.Ale nie było tak źle. Uwagę Misiuchów przykuły wydziergane i wystawione w pracowni matematycznej ostrusłupy, które tak fajnie się zganiatały w malutkich rączynkach (faza lepienia dzięki cioci Adze i jej ciastolinie)

Następnie poszliśmy na huśtawki, bo żeśmy obiecali.. Wówczas przyplątał się do nas już na amen labrador. To znaczy przyplątał się już wcześniej zachęcany przez Hannę zarówno materialnie (Magnum na patyku) jak i mentalnie (O Sionia, pieśku choć”). Jak labrador - to Sonia oczywiście :)

I Sionia szła za nami do samego domu. Stoczyła bitwę z kotem, z czego najbardziej poszkodowany wyszedł Dżeki pogryziony przez Gapę (jak się domyślacie już sprawdzał w Wilkipedii objawy zainfekowania tężcem i śmiertelność tejże choroby). Potem Sionia napiła się wody, następnie spożyła zakupione specjalnie w tym celu chrupki pedigi pal i zasnęła sobie na tarasie. Kot ogłupiał. Dżeki też. Kot się rzuca nieustannie na drzwi balkonowe. Dżeki się co prawda na drzwi od werandy nie rzuca, lecz chodzi co chwilę sprawdzać jak czuje się pies. Wynalazł już u niego dysplazję bioder. Nie wyklucza też faktu, że pies (a właściwie suka) może być ciężarna. Swoje ustalenia przekonsultował z Zosią. Chociaż po ostatniej wizycie ciążę już trochę zakwestionował wyrokując, iż nie czuje ruchów płodów. UWIERZYCIE???  Na jutro kazał mi za to wezwać weterynarza Bartka. Pies, suka, czy też Sionia bowiem umiera. Dobrze, że chociaż posprzątał jej kupę, bo gdybym to ja musiała zrobić, od razu bym natychmiast zwariowała. W nocy zaniesie jej pewnie upieczone dzisiaj ciasto truskawkowe. A od jutra dojdzie mi prawdopodobnie nowy obowiązek, wszak te, które mam to naprawdę nic wielkiego.

A poza tym leje, którą to konkluzją zrobiłam ładną klamrę z dzisiejszej notatki.

Oto obowiązek obywatelski

Photobucket

A to prawdopodobnie mój nowy obowiązek, ten biszkoptowy, bo ten w różowej kurteczce trudno nazwać nowym

Photobucket

Fiatki blatki i kloklotki

Tyle mam do pisania, oj tyle, bo ciągle coś się dzieje i rusza i zmienia:

- O Rysiu szpaku Mateuszu, który zaczyna mówić coraz więcej i słów kompletnych, lecz jeszcze więcej ostatnich sylab wyrazów (stąd szpak Mateusz)

- o “Tabletkach z krzyżykiem” Hołowni, które przeczytałam wbrew instrukcjom, źle je dawkując i potem miałam omamy religijne

- o festynie w przedszkolu w Supraślu

- o “Przerwanych objęciach” Almodovara, które obejrzałam

- o serii obejrzanych filmów z Audrey Hepburn i moich refleksjach o tym, zwłaszcza podczas czytania napisów w stylu “Miss Hepburn’s wardrobe - Hubert de Givenchy)

- o tym, że 4 lipca (CZYLI ZARAZ) jedziemy na Istrię na 14 DNI BEZ MISIUCHÓW

- o tym jak pięknie mi zakwitł kalamajtis i wzeszły bladziole

- jak Hanka obcięła sobie sama grzywkę nożyczkami mało oczu se nie wyłupiwszy i w ogóle  chodzi i mnie rozwala swoimi “O Matko Bośka”

Wszystko bym opisała, gdybym miała siłę czas polot pisarski (czy wenę, czy coś tam)

Czyli musicie uruchomić wyobraźnię.

Dżeki Fader i mąż pojechał sobie na Plejady. We środę pojechał, a wróci dalibóg w niedzielę, o ile wcale (Zawsze wszak może przecież uznać, że z tą cycatą i opaloną Dżesiką będzie mu w życiu lepiej)
Misiuchy, jak na złość pochorowały się. Najpierw Rysio, potem Hania. Jak fajnie jest z dwójką zainfekowanych dwulatków w domu, które ze stanami podgorączkowymi lepią się do mnie, po chwili wyciągają kalosze i żądają wypuszczenia do piaskownicy, a na koniec same nie wiedzą czego chcą, to nie muszę dodatkowo objaśniać.

Stary się bawi, a w domu został największy fan Subaru (któremu został wrx, kapelusz i augmentin)
Photobucket
Oraz lizakowa panienka

Photobucket

A także mamusia, która pójdzie sobie włożyć za chwilę głowę do piekarnika, musi tylko zaczekać, aż upiecze się chleb.

Wczoraj byliśmy na spotkaniu z ludźmi ze studiów. Dżizas, to już 10 lat. Niektórzy posiwieli, niektórzy pogrubieli, inni jeszcze stracili włosy, jednym nawet przybyło, rzekomo po przeszczepie z dupy. Ogólnie w klimacie “dziewczynyyyyy które mam na myśliiiiiii, powychodziłyyyyy za mąż juuuż”.
Faceci próbowali dokonać dogłębnej analizy z cyklu, “ale co tak nas w rzeczywistości połączyło i skąd się wzięła nasza paczka”. Oświeciłam ich rozbijając iluzje, byłam trzeźwa. Po prostu z popielniczki. Ale było fajnie, nawet trochę potańczyłam. Małż, no cóż, “Ale Mysza, no choooo, pójdziemy, rozerwiesz się trochę (granatem?), pomogę ci przy Misiuchach jutro”. Wstał dzisiaj o 12.
CZYLI NOWA GARSONKA.
A mogłam zabić.
Tłumaczę dzisiaj rano Hannie w przerwach na planowanie zemsty, że idziemy zaraz do Oli na przyjęcie, bo będzie komunia itp., itd.
Wparowaliśmy na przyjęcie, do kościoła nie poszliśmy. Raz, z powodu małża i ojca (czytaj wyżej), a dwa, po doświadczeniach ze ślubem Oli w październiku ubiegłego roku jakoś tak do tej pory nie mogę wyjść z kościołowej traumy, szkoda byłoby po prostu zepsuć ładną i ważną dla małej dziewczynki uroczystość. Zwłaszcza gdy dziewczynka ma niesłychaną łatwość i naturalne jakoby predyspozycje do wpadania w szał.
Hannie na przyjęciu bardzo się podobało. Rysiowi też, odkąd wyczaił sernik w dużych ilościach oraz umiejscowieniu nieprzekraczającym jego psychomotorycznych możliwości. Haneczka przyszła jednak do mnie po 20 minutach i ze smutną miną oświadczyła:
“Mamusiu, jest Ola i Maja, i Emelja (Amelka). I Asia. Gdzie jest ta Komunia?

First chleb in my life

- Ale dlaczego w zasadzie ty nie pieczesz chleba? - zapytała ni stąd ni zowąd Ewa, gdy w końcu usiadłyśmy nad zimną kawą, podczas gdy Misiuchy sierściuchy były łaskawe zasnąć na 40 minut.
- Ja? Chleb? Bo nie mam takiej maszyny, do której wszystko się wsypuje co trzeba, robi pssssstryk i chleb gotowy. Poza tym, wiesz, latam z podkosiarką, nocnikiem, sekatorem, praniem. Podcieram pupy, całuję zadrapania, czytam, tańczę Wergiliusza, także chociaż nie pracuję w pełnym wymiarze, to mam co robić uwierz…
- Eee tam, to reklama. Taki prawdziwy chleb to zupełnie co innego. Pieczesz ciasta, gotujesz obiady, spożywasz i przetwarzasz warzywa oraz owoce (ewenement w naszych czasach podobno), to dlaczego nie pieczesz chleba. Takie zrobienie chleba trwa krócej niż zrobienie szarlotki, serio. A ty taka mizerna jesteś…

No i dzisiaj zjawiła się u mnie ze słoikiem zakwasu, mąkami, otrębami, pestkami przeróżnymi i kazała robić chleb.
No i piecze się teraz w piekarniku i pachnie na cały dom. Takim chlebem i porządnym domem właśnie.
Swoją drogą to takie żałosne, mamy takie czasy, że pierwszy chleb robi się kilkanaście lat po inicjacji seksualnej, o ile w ogóle.
A teraz proszę przekonać Dżekiego, że muszę mieć także 6 kur, wiejskie jajka oraz małą szklarnię z pomidorami. Bo jak mu tylko napomknęłam delikatnie to powiedział “pogięło cię?”.
Nie rozumiem, przecież nie będę mu kazała czesać piór tym kurkom zielononóżkom.

Mięczaki, ślimaki, dinozaury

Dobrze, że już trochę popadało, nie? Ileż to można tego słońca i ciepła w maju…
A do tego po deszczu tak ładnie wychodzą ślimaki, nowa miłość Hanny. Ostatnio znalazłam ślimaka (takiego żywego, oślizgłego) w wózku dla lalek oraz jednego pieczołowicie ukrytego w suszarce kondensacyjnej. “Hania kocha ślimaki” - stwierdziła córka przyklejając dwa do stołu w jadalni oraz dając im buzi, każdemu po jednym, dla sprawiedliwości.
Wymiękam. Mięczaki pewnie też wymiękają.
A w niedzielę byliśmy w parku dinozaurów. Nie muszę dodawać jaka sentencja towarzyszyła nam na każdym kroku, oczywiście, dawajcie, “Hania kocha dinusie”. A także zjeżdżalnie, koniki bujane, ciuchcię na torach, duży dmuchany zamek, karuzelki, małpie gaje, wielką piaskownicę, huśtawki bez zabezpieczeń. Małż oczywiście piwko tu, lodzik tam. Chociaż z dmuchanego zamku też zjeżdżał, do krwi zjeżdżał, na łokciach.
Jestem rozmokłym ślimakiem mięczakiem.
Oto kilka zdjęć z komórki.

Photobucket

Photobucket

Photobucket

Photobucket

dalej »