Subscribe to
Wpisy
Komentarze

Pada

Pada, pada i pada.

Mniej wychodzę do ogrodu, więc wieczorami jestem mniej zmęczona fizycznie , za to więcej psychicznie, obmyślając odpowiedzi na pytania Misiuchów, które w deszczu się nudzą.

- A dlaczego AKURAT DZISIAJ pada?

- Takie fronty atmosferyczne córko nad nami krążą aktualnie…

- Dlaczego wycieraczki wycierają deszcz?

- Bo są do tego, synu, stworzone.  Do wycierania. Nie tylko deszczu .(I uprzedzając następne pytanie). Napędza je mechanizm wycieraczkowy.

Czy to będzie BARDZO niewychowawcze gdy wprowadzę limity, np. godzinowe na pytania.

“Masz tu trzy kulki. Jak zadajesz pytanie, oddajesz kulkę. Jak nie masz kulek – nie pytasz!”. Chcesz wiedzieć – weź encyklopedię.

Chyba mam lekką neurozę albo depresję przez ten deszcz i Houellebecqa, którego “Poszerzenie pola walki” skończyłam. Taka niewielka powieść o współczesnym trzydziestoletnim Francuzie, informatyku w Ministerstwie Rolnictwa, w którego życiu NIC się nie dzieje. Nie ma przyjaciół, rodziny, ma postępująca frustrację, kryzys wartości, depresję i dziwne przemyślenia dotyczące walki płci podane jako analogie do systemu walki klas. Do tego sądzi, że nieprawdopodobnym jest to, że mógłby  umrzeć – bo przecież NICZEGO nie przeżył, nie spotkało go w życiu NIC wartościowego, jego jestestwo nie wypełniło się NICZYM. Zgadzam się z tym, że książka jest “bolesna”, ale czy “wiarygodna”?

Przeczytałam też “Prowadź swój pług przez kości umarłych” Tokarczuk. Nie tak dobra jak “Bieguni” czy “Prawiek”, w moim odczuciu trochę za dużo przechyłu w stronę ekologii i  wegetarianizmu, ale fabuła snuje się przyjemnie, pojawia się raz po raz jakiś trup, zagadka kryminalna wkracza w nowe wymiary.

No i skończyłam “Lśnienie” Kinga, nie powiem, że na deser, bo to by było nieadekwatne raczej.  Jacek  nie pozwolił mi nigdy na obejrzenie wersji filmowej z  Jackiem Nicolsonem w głównej roli Jacka (same Jacki). Nooo i było to niesamowite, strasznie -  wciągająco -  przerażające.  Mogę rzeczywiście sobie wyobrazić jaki byłby z tego film, siedziałabym za kanapą, oglądała przez skrzyżowane palce i wrzeszczała  przy każdym gwałtowniejszym ujęciu.

Tylko zakończenie trochę mnie rozczarowało.  Podobnie skończyło się  “1408″, chociaż  “Lśnienie”  było pierwsze.

A teraz mam dosyć tych horrorów i kryminałów. w ramach odpoczynku czytam “Mansfield Park” Jane Austen. Wiecie, Anglia, domostwa, dzikie ogrody, konwenanse, intrygi, robótki haftowane i te piękne:

“Moja droga, upał był wprost obezwładniający, tak się namęczyłam oglądaniem jak mój mopsik biega po rabatach” albo “Dlaczego Fanny ma taką okropną migrenę? Ach, pochylała się ścinając róże, jakie to przykre doprawdy”.

 

 

 

 

O gratyfikacjach

Kiedy z dnia na dzień temperatura zmniejsza się o 15 stopni i zaczyna lać, trudno wytłumaczyć Misiuchom zawiłości zjawisk pogodowych, a monumentalne stwierdzenie “czasem słońce, czasem deszcz” nie wystarcza. Zwłaszcza, że jeszcze wczoraj cały boży dzień latało się po ogrodzie, nad rzeką, było na lodach, jeździło rowerami, hulajnogami, skakało na trampolinie i….. tak każdego dnia.
Czteroletnie dziecka zamknięte w domu są nie do wytrzymania. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł resocjalizacji trudnych skazańców za pomocą zamykania ich na niewielkiej przestrzeni z bandą czterolatków to ja nie wiem doprawdy. Chyba tylko z litości… Ale nie do dzieci, to przecież oczywiste…
Kiedy zatem w sobotę rozpadało się na dobre, pojechaliśmy do teatru lalkowego, na “Misiaczka”. Chociaż Hania się bała i marudziła, bo ostatni spektakl o wróżce Zębuszce i siostrach Próchnickich bardzo ją wystraszył. Ale “Misiaczka” spokojnie mogę polecić dużym i małym dzieciakom, chociaż tym mniejszym 3,4,5 latkom zwłaszcza. Widzowie siedzą w przytulnej salce, na miękkich poduchach, kontakt dzieci z aktorami i lalkami jest niemal na wyciągnięcie ręki. Wspaniała oprawa muzyczna, łatwiutka fabuła (Misiaczek nie może zapaść w sen zimowy i różne zwierzątka szukają sposobu, żeby w końcu zasnął), tekst wierszowany ułatwiający odbiór najmłodszym i tym, którym trudno się skupić (przećwiczone na Ryśku), prześmieszne żarty, głównie sytuacyjne, po których nawet dorośli leżeli ze śmiechu na poduchach. “Było strasznie mamusiu, strasznie fajnie” powiedziała Hania po przedstawieniu. Misiuchom bardzo się podobało. Mnie też, nie licząc wydarzeń przed i pospektaklowych podczas których musiałam pilnować rozchodzonego Rysia, który zaledwie w ciągu 2 minut:
- przekroczył sznurki- barierki i usiłował wspiąć się na schody na 1 piętro, a za nim jakieś starsze dziewczynki
- zaktywował kod dostępu przyciskając klawiaturę przy zamku do drzwi dla personelu
- usiłował dostać się za teatralny kontuar i posprzedawać bilety na komputerze, co mu się prawie udało
- rozgryźć działanie automatu do kawy i potrząsać nim (o wciskaniu guzików nawet nie wspominam)
- pobiegać po kozetce dla gości
- wyciągnąć prospekty spod stolika
- zapytać o wszystkie plakaty z kukiełkami, co to za bohaterowie i z jakiej bajki. Gdy wychodziliśmy wszystkie panie z ulgą powiedziały “Do widzenia Rysiu”, a w myślach zapewne “nierychłego”.
Po teatrze pojechaliśmy jeszcze do tatusia, który dogorywał w salonie na “Dniach szeroko otwartych XV”, gdzie Rysiek odnalazł się, jak zawsze, w swoim raju.
Ten raj zapewniliśmy mu także dzisiaj zabierając Misiuchy na wystawę starej niemieckiej motoryzacji na Węglówce. Biegał między tymi samochodami i krzyczał “o rany, ale frajda!”, a oczy mu błyszczały, nawet starał się nie wchodzić do tych samochodów, bo to miał surowo zakazane.

I wszystko było dobrze, do momentu w którym zobaczył swoje BMW z 81 r. “O moje, BMW! Pan Łukasz tu je przywiózł?”. “Tak, synku” (rzeczywiście, BMW Ryśka nie stało już u nas w garażu, lecz na tej wystawie właśnie. I tego syn mój nie mógł zrozumieć i przyjąć. Wystawa wystawą, ale to było JEGO BMW. Jak to nie mógł wejść do swojego BMW?

Na szczęście organizator wykazał się zrozumieniem i pozwolił mu.
Po wystawie pojechaliśmy do Nadawek, żeby napić się kawy i nieco odpocząć, co jest łatwe w tym miejscu, bo dzieci mają tam mnóstwo atrakcji. Było zimno strasznie, ale Misiuchom wcale to nie przeszkadzało. Ganiały jak opętane p placu zabaw i między zwierzakami z małymi przerwami na herbatę i sernik. Hanusia jeździła nawet na kucyku Szafirku, drugi raz nawet bez naszej asekuracji.

Po obiedzie zabrałam Ryśka na festyn strażacki w Supraślu. Hania strzeliła focha, nie chciała iść z nami (bo z matką jest przecież nudno) i poszła z babcią na plac zabaw i nad rzekę. Znalazłam Rychowi dmuchany zamek – zjeżdżalnię, na której się wyjeździł i powspinał. A potem poszliśmy na lody licząc, że po drodze spotkamy naszą “fochlejdi”. Wtedy odkryliśmy dlaczego od południa w Supraślu wyją syreny alarmowe. Ano syreny wyły, bo strażacy wozili dzieciary wozami strażackimi na sygnale. Nieprzerwanie, bo chętnych wciąż przybywało. “Ja też chcę jechać wozem strażackim, proszę” – oznajmił mi Rysio, więc mamusia wybrała z tłumu najmłodszego strażaka i poszła negocjować, bo kolejka była spora. Wynik negocjacji był taki, że już następnym kursem jechał Ryszardek z mamusią, obok młodego pana strażaka, który zastąpił (zupełnie pewnie przypadkowo) zmęczonego kolegę i wrzeszczał “Panie strażaku, jedź do pożaru! Włącz syrenę, głośniej, a teraz do remizy, szybko!!!”

Ryszardek tak krzyczał, a nie młody strażak, gwoli ścisłości.

Potem poszliśmy na lody, rozpadało się, przyjechał po nas Dżeki i “skończyła się zabawa”, a podekscytowane Misiuchy ledwo dzisiaj pozasypiały.
Podobno teraz z tym współczesnym rodzicielstwem to jest tak, że jest to kwestia osiągania kompromisu między rodzicem a dzieckiem w kwestii odraczania należnych od życia gratyfikacji. Ponieważ przez cały łikend godziłam się na odraczanie moich, a przybliżanie tych Misiuchów, to zaraz pójdę sobie do pachnącej wanny, z książką i kieliszkiem wina. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że “dziadku, wiesz, u nas jest tak strasznie nudno”.

Majówka

Udaną mieliśmy majówkę, nawet bardzo, chociaż do końca wyjazd wisiał na przysłowiowym włosku. Ja nie wyleczyłam się do końca, Hania też kaszlała. Ale pojechaliśmy. Nie było tak strasznie megahardkorowo.  Dzieciaki są już większe i bardziej samodzielne, znają siebie i miejsce. Każdy z nas wie (mniej więcej) czego się może po kim spodziewać – zatem nastawiliśmy się na totalny luz i poniekąd tak było.

Były długie spacery nad jezioro z puszczaniem kaczek, dręczeniem każdego napotkanego po drodze psa i kota, graniem w misie – patysie na każdym napotkanym mostku.  Oraz oczywiście z komentarzami, że za zimno, za gorąco i siku.

Były rozmowy, na które się nigdy nie ma czasu. I wcale a wcale nie rozmawiałam z Chochlikiem o jej doktoracie, już to z faktu, że dla niej samej to temat obmierzły, już to dlatego, gdy ona do mnie mówi  “algorytm”, to dla mnie jest to słowo  równie straszne jak “denat” albo “konkubent”. Pogadaliśmy sobie wspólnie (również o futbolu), na marginesie tej rozmowy Puchatek skonstatował, że to niezwykle dziwne, że pod jednym dachem spotkało się 3 antyfanów piłki nożnej, co samo w sobie było fascynujące i zachwycające, powspominaliśmy (nasze babcie i ich zwyczaje, rozlane wyrostki robaczkowe, wstrząsy septyczne i takie tam).

Były nowe wymiary i aspekty kulinariów, małż Dżeki wybił się na wyżyny jajecznicą na boczku, a poniższe zdjęcie powinno stać się leitmotivem wyjazdu, które my laski- lufy- kociaki (to nic, że po 30 doprawdy) powinnyśmy przyczepić sobie w kuchni i wracać do niego często (myślami i słownie) jako miłe wspomnienie i motywacja zarazem.
Chyba, że wszyscy oni mają coś na sumieniu (Dżesikę, Wanesę, Andżelę?) i ta miła kuchenna krzątanina była dla zmyły…

 

Był oczywiście Kaletnik i ogród bajek, a jakże. Z tą wyśmienitą drożdżówką z wiśniami, którą wzgardził Chochlik, bo przecież po zjedzeniu małego kawałka musiałaby już nic nie jeść przez 3 tygodnie. Dzieciaki jak zwykle przeszczęśliwe.

Był Aquapark w Suwałkach, w którym Misiuchy, ja i Dżeki byliśmy już w zeszłym roku, a teraz pojechaliśmy wszyscy oprócz naszych rybaków po udarze słonecznym, którzy w ramach terapii poszli na ryby w 30 stopniowy upał, ale za to w kurtkach, czapkach i kaloszach.
A w tym aquaparku było naprawdę fajnie, bo ja i Hanna dystyngowanie poleżałysmy sobie w ciepłym basenie i w jakuzi, skąd obserwowałyśmy jak chłopcy i Chochlik śmigają po zjeżdżalniach wraz z Wiką i Ryśkiem, którzy wcale a wcale się nie bali i ciągle chcieli do dużego basenu. Ponieważ było ich dużo, tych opiekunów, to jakoś ogarniali, początkowo. Potem Maciek stał pod zjeżdżalnią i łapał: Chochlika, nasze dzieci, cudze dzieci… wszystko łapał, co zjeżdżało.
Ale odpoczęliśmy i odreagowaliśmy.
Po aquaparku była oczywiście cukiernia, gofry, pączki, ciasto, czyli “nieustający dzień dziecka”

A także:
-dręczenie wujcia Tomcia, który musiał być kotem , myszą, smokiem, łapaczem małych dziewczynek, straszydłem, duchem i nie wiem kim tam jeszcze, ale z zachwytów mniemam, że wywiązał się z każdej roli.
- namiętne granie w kometkę do bólu karku
- polowanie z wiatrówki na rybaków (cudzych, nie tych naszych po udarze) usytuowanych na łódce na środku jeziora . Rzeczeni rybacy spieprzali gdzie pieprz rośnie, ciekawe dlaczego?
- huśtanie w hamaku do spadku z hamaku
- rysowanie po kartkach, po domu, po podłodze
- gry komputerowe
- czytanie Aurelki (którą koniec końców przeczytał do końca Maciek)
- inspirujące prasówki, zwłaszcza te z udziałem Hanny, która przynosząc nam ostatniego Playboya wskazała na żarcik taki, hm, sytuacyjny i oświadczyła, że znalazła już te różnice. Nie chcieliśmy wiedzieć jakie.

Było fajnie, jak zawsze :)

Lato wybuchło znienacka

A wraz z latem purpurowe tulipany, pieczołowicie sadzone przez żeńską część naszej rodziny ubiegłej jesieni.

Hanka mnie zapytała wtedy czy my mamy “pulpulowe tulipany” gdy jej śpiewałam fragment z Calineczki, takiej płyty  – pocztówki, której ponad ćwierć wieku temu słuchałam dosyć namiętnie, i pamiętam do dziś: “W purpurowym tulipanie malusieńkie mam mieszkanie, słowo daję, że nie kłamię, bo w nim miejsca dla mnie dość(…)”.

Ta bajka to jest jedno z najżywszych wspomnień z mojego dzieciństwa.  Ostatnio znalazłam ją TU. Niezapomniane przeżycie.

No to teraz mamy pulpulowe. Sporo.

Ludzi do Supraśla najechało mnóstwo. To jest ciulowe, bo nigdzie spokojnie nie można się ruszyć, bo na plaży tłok,  place zabaw zajęte, a w sklepach kolejki. Współczuję tym, którzy mieszkają w Sopocie albo we Władysławowie.  W sezonie to musi być naprawdę przechlapane.

Odpoczywamy zatem w naszym, z dnia na dzień ładniejszym ogrodzie. Taras został uruchomiony i jemy tam prawie wszystkie posiłki. Hamaki wiszą, trampolina stoi. Trawa gdzieniegdzie sięga już do połowy łydki, ale nic na to nie poradzimy,  kosiarka bowiem świetnie wpisała się w tegoroczny trend zepsucia i odmówiła współpracy. Stoi teraz u “mechanika” znad rzeki. Do kiedy to naprawdę nie wiadomo. Mówię sobie, że angielskie ogrody są śliczne, po prostu.

Ja już trochę dobrzeję, głównie dzięki inhalacjom z sody, płukankom z szałwii i “pojłu”, specyfikowi rekomendowanemu przez naszą księgową. Gwarantowała mi, że jeśli od czwartku będę piła “pojło” regularnie – to do poniedziałku wydobrzeję. I rzeczywiście jest lepiej, głos przynajmniej mam.

Krzyżak – twojej recepty niestety nie mogę wykorzystać, nie stać mnie na nią czasowo, szczególnie w kontekście the day after.

Zachorowała znowu Hanusia. Ale jej nie oszczędzam, też pije “pojło” i jakoś funkcjonuje. ale do przedszkola to jej jutro nie puszczę raczej. Do jej aktualnego stanu niewątpliwie przyczyniło się latanie na golasa po całym domu i ciągłe przymierzanie ciuchów, które wyciągnęłam na lato. “Ojej, mamusiu, tyle nowych pięknych sukienek”. W sobotę pękło 5 kreacji.  Osłabłam.

Rysiek trenuje hulajnogę. Głownie w garażu. Wołam “wyłaź, przecież tam jest zimno”. “Nie, tu mam swój tor” i zasuwa przez deski przykrywające kanał. Albo skacze na trampolinie. Skacze, pada na tyłek i z tyłczanego odbicia staje rechocząc głośno. Jutro pewnie zrobi salto nad trampoliną. A ja kipnę na zawał.

Jak wszystko dobrze pójdzie, to we środę jedziemy do Matłaka. Chyba że się wszyscy pochorujemy na amen.

We wtorek Misiuchy miały w przedszkolu turniej tańca, organizowany przez ich nauczyciela, pana Dawida (lat 22 – z oceny matki Misiuchów) i pani Patrycji od baletu (lat 28, również z oceny matki. Sprawiedliwie należy zaznaczyć, że obie oceny mogą mieć niewiele wspólnego ze stanem faktycznym). Hanka tańczyła z Oliwką, swoją najlepszą koleżanką z przedszkola.
-”Hania, ale dlaczego nie chciałaś tańczyć z Allanem?”
- “Bo on mnie IRYTUJE. Najwięcej przy leżakowaniu!
- “A z Kornelem?”
- “Z Kornelem jest trudno, trzeba go ciągać! Najlepiej jest z Oliwią”.
Oliwia wolała tańczyć z Ryśkiem.
- “Mamo, czy ty wiesz, że Oliwka zakochała się w naszym Ryśku? Ciągle za nim chodzi i chce go trzymać za rękę!”
- “A co Rysiek na to?”
- “Woli bawić się z Filipem, i powiedział że tańczyć z nią też nie będzie”
(Jezus, co za niewdzięczność. A ona naprawdę go lubi)
- “Rysiu, a z kim tym będziesz tańczył na turnieju? Czemu nie z Oliwką?
- “Wolę z panem Dawidem, on umie najlepiej!”
Trudno mu odmówić logiki.
Koniec końców Hanka tańczyła sambę z Oliwką, A Rysiek polkę ze Svenem.
Tak, jest jeszcze parę fajnych dzieciaków w naszej grupie przedszkolnej, mających rodziców o niewyobrażalnej fantazji w zakresie nadawania imion.
To było fantastyczne, ten turniej tańca, zwłaszcza w kontekście Ryśka, bo nie spodziewaliśmy się, że on się przełamie, wyjdzie przed taki tłum i zatańczy. A jednak….
Tak wyglądali:

I nich mi ktoś powie, że Rysiek wygląda jak czterolatek. Jest większy niż 3/4 chłopców z zerówki w tym przedszkolu. Wygląda jakby kiblował w maluchach. Hania zjadła swój medal z czekolady zanim jeszcze wyszła z sali turniejowej.
A przemądra mamusia nagrała taki piękny trzyminutowy film jak dzieciaki tańczą, po czym go skasowała. Dokumentnie. Żaden program nie był w stanie go odzyskać. Tłumaczy mnie tylko… Nie, nic mnie nie tłumaczy. Nawet gluty i brak głosu.

O Dniu Ziemii

W ubiegły piątek w przedszkolu Misiuchy fetowały Dzień Ziemii. Ubrały się na zielono i poszły.  Dzień wcześniej, ciemną nocą Hance przypomniało się, że przecież jeszcze trzeba zrobić transparent. “Dziobku, daj spokój, chodź już spać, może inne dzieci zrobią, co? (straszna, straszna spychologia, niegodna matki, wiem, ale kurna, po kopaniu nowej rabaty i obsiewaniu jej słonecznikami, margerytkami i kosmosem naprawdę już nie miałam siły zupełnie). “Nie, trzeba narysować plakat i już”. Jak usłyszałam to “i już” wiedziałam, że negocjacji nie będzie. Że nie mogę jej zachęcać z jednej strony, żeby była sumienna i obowiązkowa, a z drugiej namawiać na olewanie rzeczy do zrobienia z przedszkola. Czemu tylko o ósmej wieczorem?

No to robiliśmy. Hanka namalowała kwiaty, Rysiek trawę, mamusia hasło. Tatuś przylepił plakat  taśmą malarską  do  podpórek bambusowych pod rośliny. Dziecka zostały pouczone, że po festynie plakat mogą sobie wsadzić gdzie chcą (oczywiście po segregacji), ale podpórki bambusowe mają wrócić do mnie, a ściślej do mojego ogrodu (wszystko z troski o ziemię i z idei recyklingu oczywiście).


“A wiesz, że tylko my mieliśmy plakat mamusiu?”
“Doprawdy Haniu?”

W niedzielę pojechaliśmy po zakupy, kupić sandały, bo podobno zaraz mają być upały. Strasznie nieekologicznym znajduję to, że za skórzane sandały trzeba zapłacić stówę. Za dwie pary – analogicznie, dwie stówy. Kupiłyśmy z mamą doniczki na okna, żeby mieć w co posadzić to wszystko co rozrasta się jeszcze na razie na parapetach.  Dobra, na podłodze już też.

Dzieciaki natrafiły na fajne przedstawienie o matce Ziemi, i przeszczęśliwe, z lodami w łapach oglądały teatrzyk lalkowy. Potem zabrałyśmy je jeszcze do Nadawek, do mini zoo i na plac zabaw, a na koniec moja mama sprezentowała im jeszcze trampolinę ogrodową, którą Dżeki zamontował chlustany przez deszcze  i pioruny.

W ogóle pogoda była trochę schizofreniczna, lało,świeciło słońce i tak na zmianę, co chwilę, co w ogóle nie przeszkadzało Misiuchom na przykład w taplaniu się na mokrej trampolinie, bieganiu w kaloszach i łapaniu ślimaków. Dżeki jęczy, że dosyć już tych deszczów. Ja tam się cieszę, ruszyła zieleń. A 50 nowych sadzonek truskawek, posadzonych w piątek stoi prosto i gibko, jak po fitnesie :-)

 

UPDATE!!!!

Ponieważ Dzień Ziemi i plakat wzbudził trochę emocji, dołączam jeszcze kilka zdjęć. Jakość marna, bo robione prawdopodobnie komórką pani ERWIRY, ale trochę oddają klimat.

Bliźniaki niosą transparent:

Hania niesie, a chłopcy za nią, jak za jaką panią. Bez flaszeczki, mam nadzieję:

Miłość na Dniu Ziemi ( i nie tylko) czyli Rysio i Oliwka:

 

Uff, nareszcie skończyłam w zeszłym tygodniu “Starcie królów”, dziewięćset stron, nie w kij dmuchał, bardziej do zabicia kogoś, niż do czytania. Aż mnie ręce bolały od trzymania tej księgi w wannie, dobrze, że chociaż w miękkiej oprawie była. To drugi tom sagi Jerzyka R.R. Martina. Pierwszego, “Gra o tron” nie czytałam. Za to obejrzałam wszystkie odcinki serialu HBO na podstawie tej powieści. I dobrze, bo Adam i czytał i oglądał, po czym stwierdził, że serial jest niemalże kopią książki, więc czytanie – “jak psu w dupę”. To taka saga wojenna, trochę jakby historyczna, trochę fantasy (ale tylko trochę, kilka “innych” – trupów z niebieskimi oczami wstawiających po śmierci i na razie (czyli po dwóch tomach) trzy małe smoki. No i królowe i królowie. Będę czytała dalej, bo przede mną jeszcze dobrych kilka tomów, a potem podobno akcja nabiera tempa, jest więcej fantasy (niestety), ale za to trup się ściele gęsto i bohaterowie padają jak muchy. Obiecująco. Kuzyn Irka, który przeczytał wszystko na dyżurach klawiszowskich w podlaskich więzieniu stwierdził, ze ten Dżordż musiał być z branży, bo takiego okrucieństwa to nie da się wytłumaczyć inaczej.
A Haneczka też pozostaje poniekąd w aurze. Nie, nie czytam jej “Starcia…”. Czytamy “Księżniczki i smoki”.

To siedem bardzo fajnych opowiadań o siedmiu księżniczkach (na każdy dzień tygodnia). I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby księżniczki zachowywały się w sposób konwencjonalny. No, ale się nie zachowują, bo korzystają (z miernym raczej skutkiem) z komputerów, same porywają smoki i komenderują nimi, boją się wiewiórek i mydła, jeżdżą na hulajnodze i są strasznie, ale to strasznie pyskate.

Hania największą więź odczuwa z Petunią (bo też co rano siedzi w koszuli nocnej przed szafą i zastanawia się co na siebie włożyć), a także z Piwonią Nadąsaną (dlaczego nadąsaną – wiadomo, która w obronie brata nie boi się stawić czoła smokowi, łącznie z grzmotnięciem go hulajnogą w łepetynę).

Miła odmiana od tych wszystkich słodkopierdzących disnejowskich Arielek, Dżasmin, Belli, Slipinbjuti i innych niedojd tańczących z drobiem.

 

 

Jeśli myślicie, że nic nie piszę bo pękłam – to jesteście bardzo, bardzo blisko prawdy. Chodzę w dresach i spódnicach na gumkę głównie, co w zupełności nie przeszkadza mi w kończeniu świątecznych zapasów żywnościowych (schabu w śmietanie, bigosu i sałatki jarzynowej z duuuuużą ilością “majezonu” kętrzyńskiego). Wiem, ze powinnam przejść na sałatę i grillowaną pierś kurzęcą, ale wczoraj gdy o tym pomyślałam (nad tym schabem właśnie) natychmiast poczułam imperatyw spożycia czegoś kalorycznego, zjadłam zatem osiem czekoladowych pisanek. Za jednym zamachem. Bo jak pomyślę o jedzeniu dietetycznym, to od razu, od samej myśli, biegnę do lodówki po masło, smalec i boczek. Jedyne na co jestem gotowa przystać to ciemne pieczywo, tylko to mnie nie odrzuca, z tych dietetycznych produktów oczywiście. Cała nadzieja w tym, że Leszek jedzie do Norwegii i to ja będę musiałam wysilać się w ogrodzie, a także w przyrządzie do robienia brzuszków, który dostałam od mamy, a który na razie wykorzystują Misiuchy, głównie w charakterze szkieletu pod indiański wigwam dla małej squaw.
Święta minęły i były fajne, bo nie u mnie. Zrobiliśmy tylko z Dżekim, wspólnie, ofiarę z 20 jaj kurzych, dokonując przemienienia na 40 połówek z farszem pieczarkowo – szczypiorkowym. I tyle. Okna pomyła Magda i sprzątnęła nam dom. Nie mogłam znaleźć szydełkowych osłonek na jaja, które dziergałam w zeszłym roku, zatem wyciągnęłam pudło z kurami (pudło po filiżankach od Dżekiego), które dekupazowałam już jakiś czas temu, ale teraz wpisało się w konwencję wielkanocną. Zrobiliśmy też z Misiuchami wiosenny wianek z różowymi kwiatami i “baziokotkami”. Przygotowaliśmy święconkę i poszliśmy w sobotę ją poświęcić, co okazało się przeżyciem, hm iście transcendentalnym. Prosiłam, oczywiście, żeby w kościele nie biegać i nie krzyczeć, bo to przeszkadza tym, którzy się modlą. Hania oczywiście usiadła dostojnie, jak młoda dama, z wdziękiem położyła sobie koszyczek na kolanach, westchnęła i stwierdziła, że czeka na księdza. Z myślami o obiecanej nagrodzie, tego jestem pewna. Rysiek, trzeba przyznać, starał się bardzo. Nie biegał i nie krzyczał. Siedział na ławce, bo wiedział, że tego od niego oczekuję, ale wszystko w nim na zewnątrz i w środku się ruszało. Zwłaszcza nogi i buzia. Nogi fajtały a język się nie zatrzymywał “To Bozia? Ta na krzyżyku, ta na okienku, ta w łóżku (nie robiłam już wykładu o zmartwychwstaniu, nie byłam na to gotowa). A to ksiądz? Mamo, to ksiądz już przyszedł? Czy to ksiądz? Czy już? A Maryja ma kapelusz?…”. Potem były obiecane nagrody, plac zabaw i naprawdę z wielkim trudem przekonałam Misiuchy, że kosz ze święconką nie jest koszem piknikowym i wyżarcie z niego na huśtawkach chleba i kiełbasy mogłoby nie spotkać się z entuzjazmem ze strony babci Lusi.
Było tez wspólne produkowanie kraszanek (dzięki edukacji przedszkolnej Misiuchów dowiedziałam się, że kraszanki są w jednym kolorze), na szczęście z babcią Lusią, bo te farby, słoiki, octy, oleje, to było nie na moje nerwy raczej.
Święta minęły w aurze obżarstwa i nicnieróbstwa, w granicach oczywiście wyznaczonych przez Misiuchy i ich potrzeby. W poniedziałek nawet dopisała pogoda i były spacery. Było fajnie.

Wiosna , dzieci, hulajnogi

Wiosna jest zimna. Kilka dni ciepła nas rozpuściło, ale, bądźmy szczerzy, rano o 9 gdy wiozłam dzieciaki do przedszkola było 1 na minusie.

A wczoraj posadziłam w doniczkach okiennych i takich przy drzwiach  żółte wesołe bratki od mamy. I posiałam groszek pachnący. Bratki na szczęście przetrwały. O groszku nie wiem, ale jemu takie przymrozki chyba nie szkodzą. Chochlik się wczoraj załamała, gdy zobaczyła u mnie ilość roślin czekających na posadzenie w różnej postaci:  nasion, siewek, karp, kłączy, cebuli. Tak, jestem zakupoholiczką ogrodową. Nie mogę chodzić do centrów ogrodowych, gdyż nie wyjdę NIGDY stamtąd z pustymi rękoma. NIGDY mi się nie zdarzyło. Ale, sporo też przygotowuje sama. Kosztem brudu na parapetach i udanego pożycia małżeńskiego.

A wczoraj, pomimo że było zimno byłyśmy trochę z dzieciarami na podwórku. Pierwszy podwórkowy podwieczorek został zaliczony, chociaż w rękawiczkach. Był i hamak, i hulajnogi, i rowerki i skakanie przez linę.

Jak łatwo zauważyć, był też lans w wykonaniu Rikiego. Pogoda nie sprzyjała, zatem nie mógł dodatkowo zdjąć czapki. Nie jest więc możliwe, przynajmniej na razie, podziwianie jaką cudowną fryzurę sporządził mu mistrz maszynki golarskiej, Dżeki Fader.  Wygląda jakby go pijane kury w nocy wydziobały. Riki tak wygląda, nie ojciec. Panie w przedszkolu były pod wrażeniem, pożegnały mnie słowami “niech się pani nie przejmuje, może do świąt trochę odrośnie”.

Generalnie nie jest tak źle, jest tak  “US marine soldier”, gdyby nie to, że ma takie plamy od pierwszych, zdecydowanie nieudanych prób potraktowania go maszynką nie do włosów, lecz do brody.

Na niebiesko dla autyzmu

Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Autyzmu. Dotyczy on nas wszystkich. Ostatnio rozmawiałam z Chochlikiem i z przerażeniem stwierdziłyśmy, że każda z nas ma w swoim otoczeniu, bliższym lub dalszym, ale otoczeniu, osobę dotkniętą tym zaburzeniem. Nie wiem, czy to z powodu szerszej świadomości, lepszych technik diagnozowania, czy rzeczywiście z powodu tego, że coraz więcej dzieci cierpi. Zawsze warto więcej wiedzieć, nie tylko aby pomagać, przede wszystkim, aby zrozumieć.

Więcej informacji można uzyskać na stronie Autism Speaks TU i w Fundacji Synapsis TU

W Białymstoku na niebiesko zaświeci się ratusz, głównie dzięki staraniom Andrzeja, deszczowego taty Jędrka.

dalej »