Walking in the winter wonderland
26 Jan 2012 napisał Betty
Tę ospę to już mamy chyba za sobą. Chociaż Hanki nie wysypało, nie będę więc taka do końca kategoryczna.
Dwa tygodnie pobytu dzieci w domu zrobiły swoje – Misiuchy są po prostu potworami.
Ja z kolei nie byłabym sobą gdybym nie zapadła na następną chorobę. I nie jest to pląsawica Huntingtona, papuzica, choroba popromienna ani ciąża urojona (dwa sezony Housa za mną). Mam po prostu zapalenie zatok. Ból policzków, skroni, czoła, nosa, żółcie, zieloności… wiecie…
Ale mi przechodzi. Nie wiem czy bardziej od klacidu czy od czarów. Klacid stosuję od piątku, czary od niedzieli.
Czary też pomagają… “Mamusiu, jesteś pod wrażeniem?” zapytała Hania.
Jestem. Czary na zatoki, metoda białoruska Nataszki, opiekunki babci Danus. Lubię was, to się z wami nią podzielę:
“Wziąć szklankę. Nalać do niej wrzątku. Oblać sobie szybko zatoki tym wrzątkiem”.
Dobra, żartowałam.
“Wziąć szklankę. Nalać do niej wrzątku. Wylać szybko ten wrzątek. Owinąć gorącą szklankę serwetką. W serwetce zrobić otwór tam gdzie jest otwór szklanki. Przyłożyć do ucha. I czekać. Potem do drugiego ucha. Czynność powtórzyć kilkakrotnie”.
Nie wiem jak to działa, czy tam się wytwarza jakiś ciąg albo próżnia, albo nie wiem co jeszcze, ale rzeczywiście to co siedzi w zatokach to się rozrzedza i wyłazi. Gusła. Dziady. Jak od tej baby z Orli, która histeryzującego Huberta kazała Gośce prze spódnicę przekładać. I wszyscy się śmiali. I płakali, bo dzieciak dalej histeryzował. I przestali, gdy Gośka przeciągała, a on się uspokajał i był potulny jak baranek, a nic innego nie działało. To potem już sami mówili, żeby przeciągała. Nie wiem czy jeszcze przeciąga. Ale myślę sobie, że jak mnie małż wnerwi to może go też przeciągnę przez spódnicę, tę turkusową najlepiej, bo z gumką…
Dzisiaj byliśmy na spacerze, bo było tak ładnie, zimowo. Trochę na sankach, trochę o w ogrodzie.
Hania od 2 dni mówi nareszcie piękne “r”, tym samym praca nad artykulacją u 2 dzieci jest w zasadzie zakończona. Brakujący Szczebrzeszyn czyli “sz, cz, rz” u Ryśka nastąpiło na przełomie listopada i grudnia.
I tak to leci. Nie wiem jak one wrócą w poniedziałek do przedszkola. Pomyślę o tym później.

Wróciliśmy zmęczeni. I z ospą. Ospa wykluła się u Rikiego w piątek po południu, najpierw poprzez marudzenie i gorączkę, następnie przez rzygi i biegunkę. Krosty wyszły w sobotę. Trochę więcej w niedzielę. Jeszcze więcej w poniedziałek. Dzisiaj się jakby zatrzymało. Hanka rzyga i gorączkuje od niedzieli, ale na razie nic jej jeszcze na skórę nie wywaliło. Jeszcze. Znaczy, mam czas aby zakupić tuby dla psów, do zakładania na szyję, takie co wiecie, uniemożliwiają drapanie. Rikardo drapie się STRASZNIE. Będzie miał dzioby jak nic. Chyba, że mu zwiążę ręce, albo tę tubę nałożę naprawdę.




Gigauta vol. II