Subscribe to
Wpisy
Komentarze

Tę ospę to już mamy chyba za sobą. Chociaż Hanki nie wysypało, nie będę więc taka do końca kategoryczna.

Dwa tygodnie pobytu dzieci w domu zrobiły swoje – Misiuchy są po prostu potworami.

Ja z kolei nie byłabym sobą gdybym nie zapadła na następną chorobę. I nie jest to pląsawica Huntingtona, papuzica, choroba popromienna ani ciąża urojona (dwa sezony Housa za mną). Mam po prostu zapalenie zatok.  Ból policzków, skroni, czoła, nosa, żółcie, zieloności… wiecie…

Ale mi przechodzi. Nie wiem czy bardziej od klacidu czy od czarów. Klacid stosuję od piątku, czary od niedzieli.

Czary też pomagają… “Mamusiu, jesteś pod wrażeniem?”  zapytała Hania.

Jestem. Czary na zatoki, metoda białoruska Nataszki, opiekunki babci Danus. Lubię was, to się z wami nią podzielę:

“Wziąć szklankę. Nalać do niej wrzątku. Oblać sobie szybko zatoki tym wrzątkiem”.

Dobra, żartowałam.

“Wziąć szklankę. Nalać do niej wrzątku. Wylać szybko ten wrzątek. Owinąć gorącą szklankę serwetką. W serwetce zrobić otwór tam gdzie jest otwór szklanki. Przyłożyć do ucha. I czekać. Potem do drugiego ucha. Czynność powtórzyć kilkakrotnie”.

Nie wiem jak to działa, czy tam się wytwarza jakiś ciąg albo próżnia, albo nie wiem co jeszcze, ale rzeczywiście to co siedzi w zatokach to się rozrzedza i wyłazi. Gusła.  Dziady. Jak od tej baby z Orli, która histeryzującego Huberta kazała Gośce prze spódnicę przekładać. I wszyscy się śmiali. I płakali, bo dzieciak dalej histeryzował. I przestali, gdy Gośka przeciągała, a on się uspokajał i był potulny jak baranek, a nic innego nie działało. To potem już sami mówili, żeby przeciągała. Nie wiem czy jeszcze przeciąga. Ale myślę sobie, że jak mnie małż wnerwi to może go też przeciągnę przez spódnicę, tę turkusową najlepiej, bo z gumką…

Dzisiaj byliśmy na spacerze, bo było tak ładnie, zimowo. Trochę na sankach, trochę o w ogrodzie.

Hania od 2 dni mówi nareszcie piękne “r”, tym samym praca nad artykulacją u 2 dzieci jest w zasadzie zakończona. Brakujący Szczebrzeszyn czyli  “sz, cz, rz” u Ryśka nastąpiło na przełomie listopada i grudnia.

I tak to leci. Nie wiem jak one wrócą w poniedziałek do przedszkola. Pomyślę o tym później.

SMS dla Jędrka

Ci, którzy regularnie tu zaglądają wiedzą kim jest Jędrek i niejednokrotnie mu pomagali, o czym wiem i za co dziękuję.
Tak jak w zeszłym roku będę prosiła Was o przekazanie 1 % podatku na terapię Jędrka. Ale to kiedy będziecie nieśli swoje PITy do skarbówki.
Tak jak w zeszłym roku, blog o deszczowym chłopcu bierze udział w konkursie BLOG ROKU. Nie dla pieniędzy i wygranych. Chodzi o nagłośnienie problemu autyzmu.
Hania, mama Jędrka napisała mi:
Jesteśmy na 10-tej pozycji i tym bardziej potrzebujemy Waszej pomocy. Więc jeśli jeszcze nie wysłałeś sms na bloga Jędrka, zrób to. Za jedyne 1,23 zł:
a/ robisz reklamę naszemu blogowi – a więc pomagasz naszej rodzinie
b/ nagłaśniasz, uczulasz innych na problem autyzmu i ogólnie niepełnosprawności
c/ ofiarowujesz swoje 1,23 na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych.

PS. Jestem lepsza jak audiotele. U mnie wszystkie odpowiedzi są dobre:)

A więc warto wysłać sms o treści: A00666 (zera! nie literki o i żadnych spacji) na numer 7122

Głosujemy tylko do czwartku. Jeśli uda nam się utrzymać w pierwszej dziesiątce, będziemy dłużej reklamowani bo przejdziemy do drugiego etapu. Powiem szczerze, o reklamę nam chodzi.

Także, jeśli możecie, zagłosujcie proszę.

Czuję się trochę jak te moje stokrotki w ogrodzie. Zakwitły sobie bujnie na różowo pod domkiem dla gości i w sobotę je przysypało śniegiem, już na wsiegda zapewne.
W ubiegłym tygodniu byliśmy z Misiuchami w Krakowie. Pojechaliśmy PKP, bo trochę wygodniej z dziećmi, szybciej i taniej. NIGDY PRZENIGDY nie przypuszczałam, że to powiem odnośnie polskiego PKP. Ale rzeczywiście trasa Białystok – Kraków Główny trwała 5 godzin i 50 minut, kosztowała w obie strony 168 zł w przedziale dla matki z dzieckiem i dostarczyła Misiuchom niezapomnianych wrażeń. Mnie zaś otwarła na wspomnienia, takie wiecie, na pewno też je macie, zatłoczone wagony, korytarze, podawanie przez okna walizek i dzieci, spanie na górnej półce na bagażach jak pająk w siatkach, zapach gotowanych jajek na twardo, kanapek i kawy z termosu. Żeby nie było za różowo, nie było komfortu temperaturowego. Przezornie poubierałam dzieciaki i małża w swetry robione na drutach. Siedzieli w podkoszulkach, bo w przedziale mogło być albo +10 (przy non stop otwartym oknie) lub + 30. Było zatem + 30.
Ale dzieci były WZGLĘDNIE grzeczne. Przeszły pieszo z dworca głównego na Wawel na własnych nogach, z małą przerwą na obiad w restauracji. Swoją drogą znaleźć na starówce knajpę, co zaserwuje pomidorową z ryżem, a nie suszi, to hm…. nie było to proste, zwłaszcza ciągnąc czterolatki które chciały do smoka, NATYCHMIAST. A także pić, kupę, do taksówki, i kupić “coś fajnego” “co konkretnie?” “nie wiem”.
Photobucket Wróciliśmy zmęczeni. I z ospą. Ospa wykluła się u Rikiego w piątek po południu, najpierw poprzez marudzenie i gorączkę, następnie przez rzygi i biegunkę. Krosty wyszły w sobotę. Trochę więcej w niedzielę. Jeszcze więcej w poniedziałek. Dzisiaj się jakby zatrzymało. Hanka rzyga i gorączkuje od niedzieli, ale na razie nic jej jeszcze na skórę nie wywaliło. Jeszcze. Znaczy, mam czas aby zakupić tuby dla psów, do zakładania na szyję, takie co wiecie, uniemożliwiają drapanie. Rikardo drapie się STRASZNIE. Będzie miał dzioby jak nic. Chyba, że mu zwiążę ręce, albo tę tubę nałożę naprawdę.
No to od soboty siedzę w domu i pomalowałam paznokcie (łał), a także skończyłam ostatniego Nesbo, “Pancerne serce”, które moim zdaniem jest naj, naj, najlepsze z całej serii. Jo bierz się do roboty i pisz dalej! Przyznam się, że nie wytrzymałam i zanim zaczęłam czytać zajrzałam na ostatnią stronę. Nie po to, żeby zobaczyć kto zabił, tak durna to do końca nie jestem, ale żeby zobaczyć czy Harry przeżył. Wiedziałam, że to ostatni aktualnie dostępny tom i… niby się nie zabija głównego bohatera, który w przyszłości przyniesie jeszcze trochę kasy ze swych przygód może, ale … z tym Nesbo to nigdy nic nie wiadomo do końca.
No to dalej w tym tygodniu będziemy inkubować varicaellę. “Ospa party”, stające się nową świecką tradycją ponoć, nie jest u nas przewidziane. Znowu łikend zapowiada się pod znakiem “Skyrim” (małż) i “Nights in white satin with hand made jarzębiak and dr House second season”

P.S. Dlaczego mówi się sezon, a nie seria? Sezon to na leszcza jest, nie?

Żaba, grusze i jabłonie

Nowy Rok wije się nijako.
Uszyłam żabę, chociaż po pracy nad prezentami gwiazdkowymi myślałam, że przez dłuższy czas będę robić nic. Ale nie bardzo potrafię. Inspiracja: Calineczka z 1979 (aktualna własność Haneczki) , ciotka Ewa i jej książka o Tildach. Żaba wyskoczy do właścicielki książki :)

Skończyłam “Prawiek” Tokarczuk. Trochę w klimacie podobny do Doliny Issy Miłosza, według mnie.
A oprócz tego ludzki, sensualistyczny, krew i mięso i natura.
W “czasie sadu” taka oto kwintesencja:
“… w roku jabłoni kwiaty kwitną krótko, lecz najpiękniej. (…) Owoców jest wiele, lecz drobnych i niezbyt okazałych. (…) Mioty zwierząt są słabe i niewielkie, ale z tych, które przetrwają pierwsze dni, wyrastają sprytne i zdrowe osobniki.(…) Koty zabijają myszy nie dlatego, że są głodne,lecz dla samego zabijania, mszyce atakują ludzkie ogrody, a motyle biorą sobie na skrzydła najbardziej jaskrawe kolory. Lata jabłoni rodzą nowe pomysły. Ludzie wydeptują nowe ścieżki. Karczują lasy i sadzą młode drzewa. Budują na rzekach groble i kupują ziemię; kopią fundamenty pod nowe domy. Myślą o podróżach. Mężczyźni zdradzają swoje kobiety, a kobiety – mężczyzn. (…) Ludzie nie mogą spać. Zbyt wiele piją. Podejmują ważne decyzje i zaczynają robić to, czego do tej pory nie robili. Powstają nowe idee. Zmieniają się rządy. Giełdy są niestabilne i z dnia na dzień można stać się milionerem albo stracić wszystko. (…) Ludzie marzą i mylą marzenia z tym, co uważają za rzeczywistość.
W roku grusz nie wydarza się nic nowego. To, co się zaczęło – trwa. To, czego jeszcze nie ma – zbiera swoje siły w nieistnieniu. (…) Zwierzęta i ludzie obrastają w tłuszcz, bo stodoły pękają od plonów. Matki rodzą duże dzieci i częściej niż zwykle przychodzą na świat bliźniaki. (…) Ludzie myślą o budowie domów, a nawet całych miast. Rysują plany, mierzą ziemią, ale nie biorą się do roboty. Banki wykazują ogromne zyski, a w magazynach wielkich fabryk zalegają towary. (…) Ludzie marzą i w końcu zauważają, że każde ich marzenie spełnia się – nawet wtedy, gdy jest już za późno.

Nie wiem co komu lepiej życzyć…
Ja bym w końcu chciała roku gruszy.

Było, minęło

Spotkaliśmy się na kinderbalu sylwestrowym u nas, w Supraślu.
Lista obecności:
- Misiuchy szt. 2 (lat 3 i 10 m-cy)
- Wiktoria szt. 1 (lat 4 i 4 m-ce)
- Alek szt. 1 (lat 3 i 9 m-cy)
oraz opiekunowie: ja, Dżeki małż, Aga, Marcin, Chochlik, Igor (suma lat: 108, obliczone prostym działaniem arytmetycznym 6 sztuk x 18 lat.
Menu:
- flaki świąteczno bożonarodzeniowe
- bigos świąteczno bożonarodzeniowy
- sałatka warzywna Sophie Dahl na ciepło
- sałatka kartoflana
- sałatka brokułowi
- śledzie
- sushi
- pasztety królicze i drobiowe
- rolada czekoladowa made by Aga
- tort czekoladowy made by Aga
- miś babko piaskowy made by Aga
Spożyte alkohole (w kolejności podawania):
-piwo Tyskie z Polski na rozgrzewkę
- sake oryginal made In Japan (ale słabiutka, napisane było w krzakach +8, znaczy, że od ósmego roku życia ) pod sushi
- wódka polska wyborowa
- dżin seagrams z tonikiem
- jarzębiak made by Betty
- orzechówka made by Betty
- szampan Michel Angelo słodki gronowy
- Krupnika i Bailejsa już nie otworzono, nie było komu.
Uwagi luźne:
- o godz. 9,30 padła całkiem przytomna propozycja złożenia sobie życzeń noworocznych z uwagi na duże niebezpieczeństwo nie złożenia sobie ich w ogóle. Wniosek został przyjęty z aprobatą.
- o 10.00 ktoś rozbił szklankę i odkurzał całą jadalnię
- o 10.15 ktoś spadł z krzesła, lecz wstał
- o 11.00 ktoś śpiewał w kuchni przy zlewie „I have time of my life” i „San of Dżamejka” z szampanem w charakterze m ikrofonu
- 11.50 nastąpiło budzenie gospodarza w celu wzniesienia toastu noworocznego w słowy „ni e śpij kurwa”, po tym jak piłowanie plastikową piłą nadgarstków nie przyniosło pożądanych rezultatów.
- dzieci padały w kolejności: Ryś – 10.00, Hania – 11.00, Alek – 12.40, Wika 01.30
- flaki wołowe mego taty uratowały dnia następnego życie 2/3 męskiej sylwestrowej populacji. Pozostała 1/3 zdychała do późnych godzin wieczornych, bo flaków nie jadła.
- straty: niewielkie, duża ilość strzępów balonowych, czapeczek i plasteliny wduszonej w dywan.
Plan sprzątania przewidziany na 3 króli.
Tak to było.
I minęło.

Tak przed Sylwestrem…

… znalazłam na jakiejś stronie taki lingwistyczny rarytas.

Wymiękłam oczywiście przy “szara morda da ci w klopa” i “Józek męska pipą”.

Tak przedsylwestrowo.

Z gwarancją, że już nigdy nie będziecie kojarzyć utworu z jego wersji pierwotnej.

 

Skóra w której żyję…

… naciągnęła się do granic możliwości. Waga przekroczyła magiczną szóstkę z przodu.
W pracy zjadłam kolejne porcje uszek z grzybami i omszałe wisienki, wszak nie mogę tak się poddać bez walki. W święta chodziłam w turkusowej spódnicy na gumce. Przez dwa dni.
A został gar bigosu i flaków. I pół sernika, który wyszedł DOS-KO-NA-LE. Jezus, ja nie wiem co ze mną, czy raczej ze mnie będzie. KROKODYL? Zdejmijcie ze mnie skórę wtedy i zróbcie sobie torebki może??
O matko, o czym ja tu mówię. Ale to z tego obżarstwa i otłuszczenia mózgu chyba.
Albo od Housa, kończę właśnie 1 sezon.
A dzisiaj zawiozłam Misiuchy do przedszkola. Hanię z jej starą zdezelowaną kotką Mamrotką (dwa nowe koty od Mikołaja nie dostąpiły tego zaszczytu, a szkoda, bo Mamrotka wygląda jak wyjęta z kufra prababci . Dwie akcje Soni pt. „ zarąbać i zakopać w ogródku” też zrobiły swoje). Rysio zabrał czerwonego porszaka, jednego z trzech, które dostał w prezencie obok 70 innych samochodzików wszelkiej maści.
Oprócz Misiuchów w przedszkolu samotnie przy stoliczku siedziała jeszcze jedna dziewczynka. A panie popatrzyły na nas wzrokiem z cyklu „o, wzięła i przyprowadziła dzieci do przedszkola, bo jej się zajmować nimi nie chce. Wyrodna matka, pewnie zaraz na wyprzedaże sobie pojedzie, no bo kto normalny pracuje między świętami a sylwestrem”.
Moi rodzice wyjechali i czas wrócić do rzeczywistości, czyli prania, gotowania, sprzątania po nocach i wstawania o 7.

Święta święta…

Photobucket

Fenks God is Krismas

Na początku grudnia jeszcze chciałam odwołania świąt, zresztą sami wiecie.
Ale nie powiem, trochę mnie one zmobilizowały.
Poszłam na przykład w końcu wykorzystać kupony do salonu kosmetycznego, które wygrałyśmy z Chochlikiem w rajdzie. Ona poszła na mezoterapię i depilację, a ja na manikiur i pedikiur.
I panie nam mówiły, że jesteśmy piękne.
A my w to wierzyłyśmy.
Mam piękne paznokcie w kolorze fak mi dżejms na nogach. A paznokci na rękach z lakierem hybrydowym rzeczywiście nie ruszyło na razie nic, nawet mycie okien i garów po zupie.
Tak, tak, albowiem umyłam okna. W jadalni, kuchni, gabinecie oraz salonie, czyli tam gdzie naprawdę było trzeba. Nie ruszyła tych pazurów nawet terpentyna, wosk, farby i lakiery do dekupaży. Dżeki oczywiście odparł, że mogłam wcześniej poprosić, on dawno przyniósłby mi małe pudełeczka zaprawek lakierniczych, gama kolorystyczna według dostępnych modeli samochodów subaru i mitsubishi.
W niedzielę ubraliśmy choinkę przy wtórze melodii „Dzisiaj w Betlejem”, „Pójdźmy wszyscy do stajenki” i „Łi łisz ju e mery krismas”. Misiuchy uskuteczniały trening przed jasełkami w przedszkolu.  Rysio oczywiście śpiewał „dzisiaj w bentleyu wesoła nowina”, no bo co to w końcu jest to Betlejem, a bentley to przecież każdy wie.  I dalej, po trzy zwrotki.
Photobucket

Photobucket

Upiekliśmy ciasteczka miodowe, które miały po tygodniu zmięknąć, czyli w sam raz na święta.  Niestety z  dwóch pełniutkich blach choinek, domków, reniferów, wiewiórek, lisków zostały cztery ciastka do zmiękania, czyli nie za wiele raczej.
Photobucket
Dzisiaj upieczemy orzechowe. W planach jest jeszcze sernik z wiśniami i klasyczne ciasto czekoladowe. Chciałam zrobić także irlandzkie praliny na szczęście z ulubionym likierem bajlejs, ale sama nie wiem czy to jest wychowawcze. Ponadto, ostatnio mam trochę przesyt likierów, zwłaszcza wiśniowych. A to od kilku dni, a dokładnie od momentu w którym Aga postanowiła wypierdzielić bezpardonowo wszystkie czekoladki (wiśnie w likierze) wkładane klientom serwisu do maluśkich woreczków w prezencie za to, że do nas przyjechali zrobić usługę.  Powodem była omszałość. Tych czekoladek, nie klientów. Szkoda mi się ich zrobiło. Tych omszałych wiśni, nie klientów, chociaż tych drugich też, że tych omszałych czekoladek nie dostali, bo poza pierwszym wrażeniem wzrokowym i bardzo pierwszym dotykowym to według mnie one są bardzo w porządku. Przetestowałam to skutecznie i zjadłam wczoraj 30 przez cały dzień.  Miałam plan zeżreć wszystkie do końca roku, ale chyba nie dam rady. Regulamin zakładowy nakazuje trzeźwość na fabryce, a to nie idzie w parze z omszałymi wisienkami. Zostały jeszcze dwa wielkie pudła. Wykończę się. Co z poświęcenie pracownicze…
Stąd właśnie mam trochę przesyt likierów, a także wielką dosyć dupę.
Prezentów nie skończyłam wszystkich jeszcze, lecz wydaje mi się, że powinnam zdążyć.
(„Powinnam” jest tu słowem kluczowym).
A Wigilia w tym roku u babci Danusi. A Święta u teściów.
No i jak tu się nie cieszyć :)

Leżę sobie w łóżku z Hanką wieczorem przed zaśnięciem. Czytamy Calineczkę.

Nagle dotykam jej ręki.

- A co ty dziobku masz takie strasznie suche ręce. I buźkę. Chodź, posmaruję cię kremem. Będziesz gładka i miękka

- A Rysia tez posmarujesz?

- Mogę posmarować, ale wiesz, Ryśko to facet, on nie musi być taki gładki i miękki…

- Może być twardy… A ja miękka?

- No tak… :-|

- A dlaczego dziewczyny muszą być miękkie? Żeby je łatwiej było UDUSIĆ?

-????

dalej »